Man City – Man Utd 0-0: Trzech na trzech

Wszyscy ostrzyli sobie zęby na derby Manchesteru. Tymczasem dla przeciętnego widza stawiającego na atrakcyjność, to spotkanie nie było porywające. Jednak to co nie jest ciekawe z punktu widzenia emocji, może być dobrą lekcją dla taktyków.

Czego mogły nauczyć derby Manchesteru? Przede wszystkim świetnej organizacji gry w obronie. Oglądając mecz można było mieć wrażenie, że obie drużyny chcą przede wszystkim uniknąć straty gola, a zdobycie go było kwestią drugorzędną. Oczywiście nie zeszło zupełnie na margines, bo oba zespoły chciały wygrać, ale świadomość wzajemnego potencjału wywoływała sporo obaw. „To było bardzo ważne dla obu klubów, by tego meczu nie przegrać” – słusznie zauważył Roberto Mancini.


Przede wszystkim było to widać w początkowym ustawieniu City. Z reguły Roberto Mancini decyduje się na 5-cio osobową linię środkową – dwójkę defensywnych pomocników oraz trójkę graczy ofensywnych (2 skrzydłowych oraz ofensywnego pomocnika). Tak Mancini dobrał piłkarzy w Poznaniu, a także w większości ligowych gier. Tymczasem w derby zespół wyszedł ustawiony w systemie z trójką środkowych pomocników odpowiedzialnych za zapobieganie akcjom przeciwnika oraz dwóch skrzydłowych. W zasadzie 4-3-2-1 (nie choinka).
W ofensywie David Silva oraz James Milner, a później Adam Johnson grali na tej samej wysokości, co wysunięty na szpicę Tevez. Gdy City nie było w posiadaniu piłki obaj wklejali się w 5-cio osobową linię pomocy.

Podobnie było z „Czerwonymi Diabłami”, lecz 4-2-3-1 w ich przypadku w większości gier Premiership to ofensywne 4-3-3.

Mecz był podręcznikowym przykładem skracania i zawężania pola gry.

Gra obronna City polegała na wysokim ustawieniu i „kryciu” indywidualnym. Było to widać szczególnie po zmianie stron. Chodziło o wychodzenie jeden na jednego na przeciwko zawodnikowi United, który miał akurat piłkę. To sprawiło, że „Czerwonym Diabłom” trudno było przebić się przez środek, ale z drugiej strony takie ustawienie i koncentracja na grze obronnej sprawiła, że „The Citizens” sami nie przeprowadzili wielu akcji.

Meritum sprawy było maksymalne zagęszczenie środa pola – trzech zawodników po stronie United i trzech City i zepchnięcie rywala w boczne sektory boiska. Stąd jedyne zagrożenie płynęło po wrzutkach ze skrzydeł. Podopieczni Sir Alexa potrafili sobie poradzić z tak zorganizowaną obroną i po przerwie udawało im się przedostawać pod pole karne przeciwnika częściej prawą stroną.

Gola nie udało się strzelić żadnej ze stron, bo też nie było wielu okazji. Zarówno City jak i United oddały po 4 celne strzały na bramkę. A wynikało to z organizacji gry i blokady środka pola. Większość żmudnie budowanych akcji którejkolwiek ze stron kończyła się na 30 metrze od bramki. Kontr nie zanotowaliśmy wiele.
Posiadanie piłki także było w miarę wyrównane, co udokumentuje twierdzenie, że mecz był wyrównany. A jeśli oba zespołu w 100% realizują obronne założenia taktyczne, to nie może być innego wyniku niż 0-0.

Roberto Mancini po spotkaniu stwierdził, że City udowodnili w tym spotkaniu, iż są na tym samym poziomie co ich sąsiedzi z Old Trafford. Nic bardziej mylnego. The Citizens praktycznie ograniczyli się do rozbijania ataków rywala. Sami największe zagrożenie stworzyli jedynie po stałych fragmentach (rzut wolny Carlosa Teveza oraz 8 rzutów rożnych). Na mistrzostwo przyjdzie im jeszcze długo czekać. Czempionem nie zostają indywidualności, a drużyna, którą buduje są cierpliwie.

Man City – Man Utd 0-0

Man City: Hart – Boateng (80. Kalarov), K. Toure, Kompany, Zabaleta – Y. Toure, de Jong, Barry – Milner (73. A. Johnson), David Silva – Tevez (90. Adebayor)

Man Utd – van der Sar – Rafael (49. Brown, żk), Fedinand, Vidić, Evra (68. O’Shea) – Fletcher, Carrick, Scholes (żk) – Nani, Park – Berbatow (78. Hernandez)

Reklama