Holenderskie przekleństwo „Kogutów“

Rafael van der Vaart to piłkarz techniczny, genialny, potrafiący przechylić szalę zwycięstwa na korzyść swojej drużyny, ale też problematyczny. Nie sposób ustawić z nim zespół, szczególnie w Anglii.


Era Przedholenderska

Od kiedy system 4-4-2 w diamencie należy do rzadkości rola ofensywnego pomocnika diametralnie się zmieniła. Piłkarska taktyka ewoluowała i obecnie każdy z zawodników ma zadania defensywne. Nawet napastnik w momencie straty piłki staje się pierwszym obrońcą. Dlatego piłkarze techniczni z usposobieniem ofensywnym nie stanowią duże wartości w grze obronnej drużyny.

Szkoleniowiec Tottenhamu Harry Redknapp podpisując umowę z niechcianym w Realu Rafaelem van der Vaartem z jednej strony zacierał ręce, ale z drugiej wiedział, że wykorzystanie zawodnika z takimi walorami będzie się wiązało ze zmianą ustawienia i taktyki.

W ubiegłym sezonie Spurs zajęli 4 miejsce głównie dzięki dobrej organizacji gry. Grając głównie w systemie 4-4-2 Redknapp miał do dyspozycji dwóch szybkich (Defoe i Keane) i dwóch wysokich napastników (Pawluczenko i Crouch). Dzięki temu miał wiele możliwości zorganizowania ataku. Z reguły dobór pierwszej linii polegał na zestawieniu wysokiego z szybkim. Rzadko grała dwójka zawodników o tej samej charakterystyce.

Na tym też polegała siła Tottenhamu w poprzednim sezonie – różnorodność w ataku. Taka para napastników mogła otrzymać:
– górną piłkę, by wysoki napastnik bezpośrednio uderzył głową na bramkę lub też zgrał ją głową do wychodzącego na pozycję niskiego napastnika
– prostopadłą piłkę za obrońców na szybkiego napastnika lub do wysokiego napastnika, by ten przedłużył zagranie głową na wychodzącego szybkiego napastnika.

A to tylko te najbardziej oczywiste opcje rozegrania ataku. Tak funkcjonująca pierwsza linia zawsze sprawiała problemu obronie przeciwnika, gdyż jego szkoleniowiec nie może nastawiać swojej defensywy na tylko jeden rodzaj akcji przeciwnika.

Poza tym tak funkcjonujący atak sprawiał, że Redknapp w pomocy nie musiał mieć zawodników brylujących w ofensywie. Wystarczyli ofensywnie usposobieni boczni obrońcy, którzy dostarczali piłki ze skrzydła…

Nowa rzeczywistość

Tylko, że to było rok temu. Teraz obecność na boisku van der Vaarta wymaga na Redknappie obrania nieco innego ustawienia i innej taktyki.

Szkoleniowiec „Kogutów” powiedział kiedyś na pomeczowej konferencji: „van der Vaart to cholernie dobry piłkarz, ale spróbujcie ustawić pod niego drużynę”. To zdanie mówi wiele, a zaraz rozwiniemy, co Redknapp miał na myśli.

Mecz Tottenham-Aston Villa, wygrany przez Spurs 2-1. Oba gole zdobył właśnie van der Vaart, który w tym spotkaniu zagrał na prawej stronie pomocy w systemie 4-4-2. Nie był skrzydłowym, chociaż z drugiej strony operował Bale, który najlepszą formę prezentuje tylko grając „przy linii”. VDV schodził do środka, ale to wymagało bardziej ofensywnej gry od Alana Huttona. Villa nabrała się na ten zabieg, ale nie można było polegać na tym pomyśle w kolejnych spotkaniach. Dlatego Redknapp musiał znaleźć inne zadanie dla Holendra.

W konfrontacji z Fulham Tottenham zagrał 4-2-3-1, a van der Vaart był głównym rozgrywającym. Straszył strzałem z dystansu. Trzeba było jakoś wprowadzić różnorodność sposobu rozegrania ataku.

W następnym ligowym pojedynku z rozgrywającego przemienił się w drugiego napastnika, ustawionego za plecami Croucha w systemie 4-4-1-1. Tu zadania były podobne – branie udziału w rozegraniu (do spółki z Modriciem) oraz strzał z dystansu. W dodatku miał również wchodzić w pole karne z reguły na zamknięcie akcji. Holender miał zbierać dośrodkowania w pole karne, których nie sięgnął Crouch.

Zawody z United van der Vaart rozpoczynał na tej samej pozycji, tyle, że przed sobą miał Keane’a. Dwójka szybkich i kreatywnych zawodników w pierwszej linii miała wprowadzić więcej żywotności w grze Tottenhamu. Jednak królowały wrzutki w pole karne z bocznych sektorów boiska, których nie sięgał ani Irlandczyk, ani Holender. Dlatego ten plan Redknappa był kiepski. W efekcie Spurs oddali zaledwie 2 celna strzały na bramkę van der Sara.

Z Boltonem Tottenham zagrał 4-2-3-1, ale VDV nie było w kadrze meczowej. Redknapp powrócił do 4-4-1-1 w środku tygodnia z Sunderlandem, gdzie Holendra postawił w roli „łącznika”. Co prawda zdobył gola na 1-1 dającego Spurs remis, ale chyba Redknapp więcej oczekiwał po jego dyspozycji. Gol padł po typowej akcji w wykonaniu Tottenhamu, czyli górnej piłce na wysokiego napastnika, który zgrał ją do VDV.

Ostatnia kolejka znów pokazała (przeciwko Blackburn 4-2), że proces szukania optymalnego rozwiązania się jeszcze nie zakończył, gdyż Harry wrócił do ustawienia z Holenderm na prawej stronie boiska w pomocy. Nastąpił zatem powrót do ustawienia jak przeciwko Aston Villi. Nie wiadomo czy to już koniec ewolucji, czy może w głowie Redknappa coś jeszcze się urodzi. Może też będzie stosował wszystkie powyższe warianty oceniając siłę i sposób gry przeciwnika.

Jak trudno ustawić zespół pod Holendra widać po kilku spotkaniach rozegranych przez Tottenham w tym sezonie. To dlatego „Koguty” w tabeli niżej od oczekiwań. Gotowy zespół przyjął w swoje szeregi nowy element i to wymaga czasu zanim sytuacji zostanie ponownie ustabilizowana. Minie sporo czasu zanim Tottenham znów będzie grał na wysokim poziomie. Oczywiście to wciąż klasowa drużyna, więc będzie groźna, ale będą także zdarzać się słabsze dyspozycje jak z Boltonem czy Sunderlandem.

Reklama