Widzew 0-1 Legia: derby przedmurza Europy

Spotkanie Legii z Widzewem reklamowane było jako derby Polski. Uspokajamy: nasza liga nie jest ani tak słaba, ani tak nudna jak ten mecz.


Pierwsze minuty nie zwiastowały taktycznej tragedii, jaka miała stać się udziałem obu zespołów w drugiej części meczu. Legia zaczęła z animuszem i nowinką w postaci podwieszonego pod napastnikiem Radovicia. Detal ten nie miał zbyt dużego wpływu na grę – decydujące okazały się… minione dwa tygodnie. W czasie przerwy przeznaczonej na mecze reprezentacji legioniści najwyraźniej poćwiczyli i grę obronną, i rozprowadzanie piłki. Przez dwadzieścia minut kibice pamiętający niedawny mecz z Lechią mogli czuć się zszokowani: klub ze stolicy wymieniał wiele dokładnych podań, grał z klepki i raz po raz zaskakiwał obronę Widzewa to prostopadłym podaniem, to znakomitym rajdem Manu (który po kilku udanych akcjach zgasł i już do końca tylko statystował).

Z kolei gospodarze zaczęli tradycyjnie – ataki skrzydłami przeplatali nerwowością w obronie, jakby zestresowani, że po okresie niebytu w ekstraklasie nagle są uznawani za faworytów meczu z legionistami. Do tej pory wydawało się, że łódzki klub traci punkty przede wszystkim przez braki w sferze mentalnej. Dziś do powyższego problemu dołączył jeszcze jeden – kompletny brak kreatywności. Długie podania na napastników i wchodzących skrzydłowych to było wszystko, co na spotkanie z odwiecznym rywalem przygotował trener Kretek. A jeśli już Widzewowi przyszło rozgrywać atak pozycyjny, wówczas również boczni pomocnicy wchodzili w strefę ataku (patrz: schemat), zwiększając nieco i tak mizerne szanse na powodzenie akcji. Mizerne nie tylko z powodu nie najlepszej jakości dośrodkowań, ale przede wszystkim dobrze zorganizowanej obrony przeciwnika. Tak, tak – legioniści wreszcie zagrali w defensywie w sposób, w jaki grać powinni – świetnie ustawieni i zdecydowani nie dopuścili do groźnych akcji rywali.

Po dwudziestu minutach mecz przemienił się w bezładną kopaninę. Wcześniej piłkę do siatki zdążył skierować Vrdoljak, korzystając z dobrego dośrodkowania Kiełbowicza (rzut rożny), chociaż w tej sytuacji bardziej skorzystał na fatalnym piąstkowaniu Mielcarza, który nabił Chorwatowi piłkę na nogę. Złych zagrań widzewiaków zaczęło się robić coraz więcej, a do poziomu gospodarzy postanowiła dostosować się Legia – pamiętacie jeszcze, co o jej grze napisałem wyżej? To dobrze, bo legioniści bardzo szybko zapomnieli. Uspokojeni prowadzeniem chcieli jak najmniejszym kosztem dowieźć do końca korzystny rezultat. W pewnym momencie wydawało się, że cofnęli się aż za bardzo, jednak topornie atakujący Widzew nie był w stanie tego wykorzystać, popisując się całym mnóstwem wrzutek i tylko sporadycznymi, w dodatku mało groźnymi uderzeniami.

Gospodarze nie pokonali Legii od ponad dziesięciu lat i dziś zrobili wiele, by tę passę przedłużyć. Zabrakło im niemal wszystkiego – pewności siebie, organizacji gry, pomysłu, przebojowości, dynamiki, wreszcie dobrej formy poszczególnych graczy. I chociaż warszawiacy wcale nie zaprezentowali się na tak kiepskim tle wyjątkowo pozytywnie, to wyjeżdżają z Łodzi bogatsi o trzy punkty. Przed trenerem Skorżą dalsza praca, której pierwsze efekty były już dziś widoczne – szkoda, że w tak krótkim wymiarze czasowym. Z kolei opiekun Widzewa powinien zastanowić się, czy bazowanie na długich piłkach w kierunku napastników to na pewno poziom trenera ekstraklasy i jak trudno włodarzom klubu będzie znaleźć kogoś nieco bardziej zaawansowanego taktycznie.

Reklama