Polonia Bytom 2-2 Widzew Łódź: żeby nam się tak chciało, jak się nie chce

Przed tym spotkaniem lekką przewagę dawano Widzewowi, który dysponuje większym potencjałem, niż mogłaby na to wskazywać zaledwie dwupunktowa różnica między nim a Polonią Bytom. Sęk w tym, że potencjał trzeba jeszcze udowodnić na boisku, a o to podopiecznym trenera Kretka niezmiennie bardzo, ale to bardzo trudno.

W wywiadzie dla dzisiejszej łódzkiej Gazety Wyborczej pomocnik Widzewa, Midgaugas Panka, opowiadał o potrzebie większej pracy środkowych pomocników przy systemie z dwójką napastników. Twierdził, że wprawdzie ma teraz więcej obowiązków, ale wychodzi to drużynie na dobre, więc musi się temu podporządkować. Otóż – wcale nie musi, a przynajmniej nie chce. Gdy padała pierwsza bramka dla Polonii, Panka stał i patrzył. Ciężko zrozumieć takie zachowanie w szóstej minucie meczu, kiedy świeżość i chęć do gry powinny z zawodników promieniować. Dosłownie.


Mimo utraty bramki łodzianie grali swoje. Po powrocie Robaka system zmienił się na 4-4-2, z kolei 4-4-1-1 zagrali bytomianie. Jak to się przekładało na boisko? Widzew imponował uniwersalnością – często przedzierał się środkiem, nie zapominając jednak o grze skrzydłami. Polonia z kolei próbowała głównie bokami, a obie drużyny, najwyraźniej zachęcone skutecznością pełnej przypadkowości akcji bramkowej, stosunkowo często uciekały się do długich zagrań „na aferę”.

Goście wyrównali po kombinacyjnej akcji Pinheiro oraz Robaka. Szkoda, że momenty przyspieszenia przytrafiały się tak rzadko. No i jak to przy grze z pierwszej piłki w wykonaniu polskiego zespołu – zdarzały się straty. Na te tylko czyhała Polonia, mająca w środku więcej piłkarzy, co skutkowało rzadkimi, ale jednak groźnymi momentami przewagi liczebnej.

Po przerwie Widzew zdominował spotkanie na cały kwadrans, by potem stoczyć się w zaskakującą niefrasobliwość. Łodzianie momentami biernie przyglądali się poczynaniom przeciwnika. Pomocnicy często nie wracali, co stwarzało ogromne zagrożenie przy kontratakach. Słabsi w ofensywie gospodarze bronili się uważnie większą liczbą piłkarzy, doskonale wiedząc, że nie są w stanie strzelić wielu bramek, toteż zbytnio nie szarżowali. O tym, że taka taktyka może się opłacić, przekonał wczoraj zespół Sevilli, ogrywając atakującą niemal przez całe spotkanie Borussię Dortmund na jej terenie. Bytom jednak leży dość daleko od Sevilli, toteż zryw widzewiaków w końcówce spotkania wystarczył do powtórnego wyrównania.

Mówi się, że jeśli meczu nie można wygrać, to trzeba zrobić wszystko, by go zremisować. Obecny problem łodzian polega na tym, że wygrywać by mogli, tylko najwyraźniej nie chcą. Bytomianie za to chcieli z całą pewnością, dzięki czemu przeciętnie grający zespół wystarczył, by nie przegrać z chimerycznym, ale momentami bardzo efektownym Widzewem.

Reklama