Man City- Lech 3-1: w wyjątkowych okolicznościach

Nawet przez minutę zwycięstwo Manchesteru City nie było zagrożone. Lecha w tym meczu ratowała tylko duża chęć do gry i odrobina indywidualnych popisów. Pognębiła za to fatalna defensywa. Poznaniacy na pewno zaprezentowali się lepiej, niż wynikałoby to z ligowej tabeli, ale w tej dyspozycji mimo wszystko szanse na awans wydają się niewielkie.

Bo popatrzmy na najlepsze okazje Lecha- trzy sytuacje Tshibamby (w tym bramkowa) były efektem przypadku. Dwukrotnie piłka trafiła mu pod nogi po nieudanych strzałach, które leciały na tyle daleko od bramki, że stawały się podaniami, w trzecim przypadku błąd popełniła defensywa MC, kiedy Kongijczyk był blisko przejęcia podania do golkipera gospodarzy.


Co poza tym? Przez pierwsze 20 minut tempo próbował regulować Kriwiec. Skutek tego był dość przyzwoity, strat było niewiele, a przy relatywnie niewielkiej ilości miejsca, jaką zostawiali gracze City, udawało się przemieścić z akcją do przodu. Niespodziewanie jednak Białorusin przygasł w momencie, kiedy na połowie Manchesteru zrobiło się więcej miejsca, mianowicie po tym, gdy gospodarze wyszli na prowadzenie. Dość mocno odpuszczono wtedy grę środkiem, a ciężkość rozegrania przeniosła się na boki. Tam jednak ciężko było o jakieś próby rozegrania, co spowodowane było podwajaniem czy nawet potrajaniem krycia.

Z kryciem zaś dużo gorzej radził sobie Lech. Przy każdej z bramek obrońcy z Poznania popełniali szkolne błędy, pozwalając również na sporo rywalowi na przedpolu. Opamiętanie przyszło praktycznie dopiero od drugiej połowy. W wielu momentach wcześniej dochodziło do sytuacji krycia 1 na 1 bez asekuracji, co przy umiejętnościach indywidualnych graczy City było nader ryzykowne. Było też po części przyczyną sytuacji bramkowych. Teoretycznie Adebayor był kryty przez dwóch rywali. Był kryty beznadziejnie, to fakt, ale wykładający mu piłkę również nie mieli zbyt trudnej sytuacji (0:02, 0:40).

W Lechu podobało się podłączanie się skrajnych obrońców pod akcję ofensywną, w wielu sytuacjach podążali oni za rozegraniem. Dobrze jednak reagowało na to City, maksymalnie spychając skrzydłowego z piłką do linii autowej. Zawężał się przez to korytarz na rozegranie piłki w bocznym sektorze boiska. W tym momencie natychmiast ze środka powinien wchodzić któryś z centralnych pomocników. Kriwiec jednak robił to tylko okazjonalnie, Drygas próbował brać się za rozegranie, ale z braku doświadczenia brało się niewielkie wyczucie, w którym miejscu pojawić się, żeby otrzymać piłkę, zaś Injać operował głównie na przedpolu własnej bramki i choć schodził przy rozegraniu skrzydłem, czynił to niemal tylko na własnej połowie.

Spora część meczu wyglądała w ten sposób, że gracze City mieli wrażenie, że ten mecz wygra się sam. Nie pomylili się, Lech nie miał pomysłu jak wygrać w Manchesterze. Nie da się ukryć, ze w grze poznaniaków w wielu momentach dominuje jakośtobędzizm, a schematy akcji są tworzone doraźnie. Ciekawym manewrem było wprawdzie wystawienie Tshibamby w pierwszym składzie, tak jednak pominięcie w wyjściowej jedenastce Rudnevsa miało niewielki sens, prawdopodobnie wniósłby on więcej do ofensywy Lecha niż Wilk. Zostawienie na ławce Stilicia było słuszne, stał się on ostatnio zawodnikiem, któremu albo wyjdzie jedno świetne podanie na mecz, albo nie, Coraz częstsza tendencja do spowalniania akcji i dziwna ociężałość w grze sprawiają, że ten zawodnik zaczyna stawać się dla klubu ciężarem. Bo niby ciągle Jacek Zieliński zdaje się wierzyć, że błyśnie on jakimś genialnym zagraniem, tymczasem zazwyczaj jego wpływ na rozegranie piłki jest negatywny.

Coraz śmielej zatem w charakterze rozgrywających poczynają sobie inni. Kilka niezłych zagrań (choć mimo wszystko bezpiecznych) zanotował Drygas, tradycyjnie do przodu przemieszczał się Arboleda, momenty notuje Kriwiec, jednak zaskoczył in plus przede wszystkim Rudnevs. Po jego wejściu na szpicy nadal grał Tshibamba, on zaś rotował między pozycjami cofniętego napastnika, ofensywnego pomocnika i lewoskrzydłowego. Robił sporo użytku z niezłej techniki i dynamiki. Być może trener Zieliński oszczędzał go na podmęczonego rywala, tym niemniej dotychczasowe starcia z niepodmęczonym przeciwnikiem kwalifikowały go do miejsca w pierwszej jedenastce.

Poza przypadkami Lech mógł zdobyć gola w dwójnasób. Albo stałym fragmentem gry, albo strzałem z dystansu. O katastrofie w tej pierwszej materii ostatnio pisaliśmy, zaś uderzenia spoza pola karnego były albo silne i niecelne, albo niezbyt mocne i trafiały wprost w bramkarza. O dziwo, pomogło to przy stworzeniu najgroźniejszych sytuacji. Przypomnijmy, dwie doskonałe okazje Tshibamby wzięły się z tego, że piłka trafiła mu pod nogi po niecelnych strzałach kolegów.

Czego zatem potrzeba Lechowi?
-Po pierwsze środkowych defensorów, którzy mają oczy dookoła głowy. Błędy w kryciu (zwłaszcza Bosackiego) były horrendalne i nie miały prawa zdarzyć się na tym poziomie.
-Po drugie- dwóch zawodników skupiających się na rozprowadzaniu piłki. Sam Kriwiec to w takiej roli za mało, próbował go odciążyć Drygas, ale grał mnóstwo podań bezpiecznych, niewiele wnoszących do akcji. Dla równowagi po drugiej stronie mieliśmy Patricka Vierę, który być może nie rzucał się w oczy, ale bardzo sprawnie regulował tempo gry. Gdy otrzymał podanie potrafił odegrać do najbliższego rywala, po sekundzie znów otrzymać piłkę, zrobić kółeczko przy rywalu i odegrać spokojną piłkę, by po chwili znów ją otrzymać i puścić mierzone zagranie, przesuwające akcję kilkanaście metrów do przodu. Polska piłka bardzo cierpi na brak tego typu zawodników, rzadko się zdarza, żeby w jednej akcji rozgrywający miał piłkę przy nodze więcej niż dwa razy. Tymczasem do spokojnego rozprowadzania ataku pozycyjnego (a przy niekorzystnym wyniku ciężko liczyć na kontry), takie zachowanie jest po prostu konieczne. Od ryzykownych piłek był zaś Silva (na skrócie 2:05), który dobrym przemieszczaniem się i dobrym przeglądem pola sprawnie rozszerzał pole gry i uruchamiał dobrze ustawionych partnerów.
-Po trzecie, przy twardej grze w środku niepotrzebnie ciężar gry jest przenoszony na skrzydła, bez powrotu w centrum boiska, gdy pole na skrzydłach zostaje zawężone. Tworzy się pewien paradoks, przy ciasnej grze w środku Lech z ochotą przenosi grę na skrzydło (rozpędza się Peszko, nawet i Tshibamba zbiega do boku), zaś w sytuacji kiedy na skrzydle nie ma już nawet odrobimy miejsca, poznaniacy nie wykonują manewru odwrotnego, wolą się przepychać przy końcowej linii, gdzie ryzyko straty jest ogromne, bo pole gry jest zawężone linią boczną do 180 stopni. W dodatku często sami zawodnicy z lubością skracają je sobie do 90 stopni, za wszelką cenę usiłując osiągnąć linię końcową boiska.

Jeden mecz niespodziewanie Lech zremisował, jeden spodziewanie wygrał, jeden spodziewanie przegrał. Mimo wszystko nieśmiało mówi się o awansie z grupy. Dzisiejszy wynik z Salzburga napawa lekkim optymizmem, bo do tego celu wystarczyłoby jedno raczej spodziewane zwycięstwo i jeden mniej spodziewany remis. Poznaniacy swoją grą na kolana nie rzucają, ale na dobrą sprawę pozostałe drużyny, które grają w tej grupie, w wielu momentach sprawiają wrażenie, jakby grały w tym pucharze za karę. Po Lechu przynajmniej widać ochotę i chęci. W normalnych okolicznościach to by do awansu wystarczyć nie mogło. Ale to raczej nie są normalne okoliczności.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama