Lech-Zagłębie 0-1: metoda na mistrza

          Mistrz Polski przegrał już 3 ligowy mecz z rzędu. Tym razem Lecha na jego stadionie pokonało Zagłębie Lubin, które zastosowało taktykę sprawdzoną przez innych. Jacek Zieliński był w szoku po porażce. Wygląda na to, że osłupiały był już od dłuższego czasu, bo nie pomyślał o wyciągnięciu wniosków z poprzednich porażek.


     Poznańskie deja vu
          „Zdawaliśmy sobie sprawę, że Lech szybko będzie chciał rozstrzygnąć losy tego meczu. Dlatego założyliśmy sobie, że w pierwszej połowie zagramy asekuracyjnie. W drugiej postanowiliśmy zaatakować i osiągnęliśmy swój cel” – to słowa sprzed 2 tygodni, a dokładnie z konferencji prasowej po meczu Bełchatów – Lech, wypowiedziane przez trenera Macieja Bartoszka. Najzabawniejsze jest to, że takich samych słów mógłby użyć trener Zagłębia Marek Bajor po sobotnim triumfie na dużym i tylko w połowie wypełnionym stadionie w Poznaniu.
          Tak, polskie drużyny znalazły doskonały sposób na ogrywanie mistrza Polski. Nie ważne czy gra się w pełnym składzie czy w „dziesiątkę”, stosując strategię odpuszczania pierwszej połowy (dać się Lechowi wyszaleć, zmarnować kilka okazji) i zachowania sił na drugą każdy dziś może być lepszy od Lecha. Tak zrobiła Legia, wtórował jej Bełchatów i w ten sam sposób „Kolejorza” w sobotę wypunktowało Zagłębie Lubin. Kto mecz widział, ten wie, że wynik 4-0 dla Zagłębia wchodził w grę.

Paradoks stadionu
          Władze Lecha Poznań pokazały jak można odwrócić atut drużyny, w jej mankament. Niedawno nastąpiło otwarcie olbrzymiego stadionu miejskiego przy ulicy Bułgarskiej, który miał stać się wielkim handicapem Lecha. Tymczasem okazuje się, że ten obiekt tylko przysparza poznaniakom problemów. Po pierwsze na 46 tysięcznym stadionie w sobotni wieczór zjawiło się zaledwie 22 tysiące widzów. Jak na Poznań to bardzo mało, ale to wina zachłannych władz klubu. Tak mizerna frekwencja jest spowodowana cenami biletów i karnetów na mecze Lecha. Wejściówki na ten pojedynek kosztowały od 35-65 złotych, z czego tych najtańszych nie zostało w wolnej sprzedaży bardzo mało. Zastanowić się można kto i po co tyle płaci za oglądanie meczu 12 z 13 drużyną w Ekstraklasie…
          W ten sposób władze poznańskiego klubu zapełniły tylko połowę stadionu, a co za tym idzie i atmosfera na meczu nie była najlepsza. Jednak to aspekt poza sportowy, który pozostawimy.
          Drugi argument, już z bezpośrednim przełożeniem piłkarskim, ujawnił nam Dawid Plizga. „Poznaniacy grali u siebie, więc byli skazani na to, żeby atakować. My nastawiliśmy się na kontry i nasz plan zrealizowaliśmy” – celnie zauważył napastnik „Miedziowych”. Tego wymaga publika – atakować i zdobywać bramki. „Kolejorz” tak uczynił, ale tylko przez pierwsze pół godziny. Groźne sytuacje stwarzali Peszko, Kriwiec, Rudnevs i Stilić. Dwa ostatni mieli okazje sam na sam, ale skutecznie je zepsuli. Później wszyscy wychodzili tak jak do konstruowania akcji w ataku, ale nie finalizowali jej.

Kluczowy moment meczu
          Przewaga optyczna Lecha to złudzenie. Podobnie jak w Bełchatowie 2 tygodnie temu. Zagłębie wybrało taktykę gry z kontry. W pierwszej połowie spokojnie przyjmowali Lecha, oddając mu inicjatywę i czekając aż poznaniakom wyczerpią się baterie. To stało się w okolicach 70 minuty. Lech ostatnią sytuację stworzył sobie w 57 minucie. Później gra toczyła się w środku pola, a po upływie kwadransa tylko na połowie gospodarzy. Przewaga Zagłębia stawała się coraz bardziej wyraźna. W 72 minucie jedna z kontr dała szansę Szymonowi Pawłowskiemu stanąć oko w oko z Jasminem Buriciem, ale lepszy w tym pojedynku okazał się Bośniak. 2 minut później Bartosz Rymaniak trafił w poprzeczkę i to były dwa sygnały ostrzegawcze dla trenera Jacka Zielińskiego do podjęcia natychmiastowego działania w kluczowym momencie meczu. Jednak trener Lecha nie dostrzegł zagrożenia. W efekcie chwilę później Zagłębie objęło prowadzenie.
          Strzał Mateusza Bartczaka z 25 metrów przybrał dziwną rotację, ale to nie usprawiedliwia Buricia i stracony gol z pewnością obarcza jego konto. Swoboda Bartczaka na 25 metrze wynikała z nieprawidłowego ustawienia Lecha. Defensywni pomocnicy (Injac i w tym momencie już Kriwiec) zbyt późno wychodzili z własnego pola karnego i pozostawili sporo miejsca przed polem karnym. Było to wywołane brakiem koncentracji lub brakiem siły.

Bezsens wyjściowego ustawienia
          Jeśli idzie o samo ustawienie Lecha w tym meczu, to można przecierać oczy ze zdumienia z powodu decyzji Jaceka Zielińskiego. Chodzi głównie o wyjściowe ustawienie ataku. W systemie gry 4-2-3-1 Zieliński postanowił powierzyć Stiliciowi rolę prawoskrzydłowego, Peszce lewoskrzydłowego, a w środku pola postawić na Kriwca. Takie ustawienie dawało nieśmiałe wrażenie, że lewonożny Stilić będzie schodził z prawej strony do środka i uderzał zza pola karnego, podobnie jak prawonożny Peszko z lewej strony. Takich zabiegów taktycznych nie było, co dziwi podwójnie i jego wybór budzi niezrozumienie.
          Mający doskonały przegląd pola i zmysł rozgrywania Stilić został zmarnowany na prawym skrzydle. Peszko nie czuje się z lewej strony tak dobrze jak z prawej. Z kolei z Kriwca lepszy pożytek byłby na lewej stronie, gdzie grał na początku swojego pobytu w Lechu. Eksperyment nie wyszedł.
          Co więcej , gdy Zagłębie zaczęło osiągać przewagę po upływie godziny Zieliński zamiast wprowadzić szybkiego Kiełba na rozruszanie zespołu, postawił na wysokiego Tshimambę. Zadziwiające było jeszcze to, że Kongjczyk nie wszedł na szpicę, a na lewe skrzydło. Wówczas na prawą stronę powędrował Peszko, Kriwiec został cofnięty do linii z Injacem, a jego miejsce na rozegraniu zajął Stilić. Jeśli ktoś twierdzi, że od tego momentu Lech grał 2 napastnikami to jest w błędzie! Był to jedynie zabieg wymiany elementów układanki w ramach 4-2-3-1.
          Kiełb pojawił się na boisku w 78 minucie, kiedy Lech przestał grać po ziemi i zaczęły się chaotyczne zagrania górą. Lepszy skutek byłby z odwrócenia zmian. Kiełb powinien wejść wcześniej, Tshibamba, dla którego był to 13 mecz bez gola w Lechu, to raczej akt desperacji. Dopiero wtedy system gry zmienił się na 4-4-2 w diamencie.

Stałe fragmenty bez efektu
          Elementem, na który zawsze powinniśmy zwracać szczególną uwagę są stałe fragmenty gry (sfg). Są one niezwykle ważne, bo mecz może się nie ułożyć, ale możemy być pewni, że w każdym z nich będziemy mieli do wykonania rzut rożny czy wolny z okolic pola karnego. Jacek Zieliński niestety nie docenia znaczenia szczególnie kornerów. „Kolejorz” zdobył gola po rzucie rożnym w poprzednim sezonie, w meczu z Polonią Bytom. Od tamtego czasu trzeba było czekać przez kolejne 85 kornerów, by lechici znów cieszyli się z trafienia. Nastąpiło to w meczu z Salzburgiem.
          Teraz minęło kolejnych 13, które nie przyniosły żadnego efektu bramkowego. To efekt rozszyfrowania przez rywali sfg w wykonaniu Lecha. Rzuty rożne bite są na trzy sposoby:
  • piłka na krótki słupek do wybiegającego poza światło bramki Kikuta, który przedłuża ją na dalszy słupek
  • piłka na krótki słupek do Bosackiego, który uderza na bramkę
  • piłka na długi słupek na wbiegających w światło bramki Bosackiego lub Arboledę

          Salzburg się nabrał, bo nie śledził uważnie poprzednich gier Lecha. W polskiej Ekstraklasie metoda na Lecha jest wszystkim doskonale znana.
          Jeśli chodzi o samą ligę, to statystyki dotyczące rzutów rożnych w tym sezonie wyglądają równie fatalnie. Lech nie zdobył ani jednego gola po rogach w Ekstraklasie, a piłkarze wykonywali 43 dośrodkowania z narożników boiska. I aż strach jechać w czwartek na City of Manchester Stadium, gdzie jedyne szanse na bramkę nastąpią prawdopodobnie po sfg…

Reklama