Jagiellonia- Polonia W. 1-0: jeden Franek mistrzem nie czyni

Na tym meczu szukaliśmy odpowiedzi, jakim sposobem Jagiellonia znajduje się na fotelu lidera. Początkowe minuty pozwalały mieć nadzieję na to, że dlatego, że gra świetną piłkę. Wraz z upływem jednak czasu co do tak postawionej tezy można było mieć wątpliwości. W dodatku gracze z Białegostoku nie rozwiali ich aż do końca spotkania, a mimo to zainkasowali kolejne trzy punkty.

Oba drużyny rozpoczęły z ustawieniem kładącym sporo nacisku na środek pola. Polonia zaczęła w 4-4-1-1, w ataku wysunięty był Smolarek, za jego plecami operował Sobiech. Jagiellonia zdecydowała się na bardziej płaskie 4-5-1, z Grosickim na szpicy i niespodziewanie Latą jako najbardziej centralnie operującym ofensywnym pomocnikiem.


To ustawienie gospodarzy nie pomagało jednak w rozegraniu ataku pozycyjnego, a do takiej gry zmusiła ich bardzo dobra i konsekwentna postawa defensywy Polonii. Częste podwajanie i podwajanie krycia przy małej ruchliwości graczy Jagi powodowały dużą liczbę odbiorów ze strony Czarnych Koszul. Warszawiacy ustawiali swoje zasieki na 30 metrze od własnej bramki, mocno zagęszczając pole, praktycznie uniemożliwiając rozegranie piłki. Jagiellonia nie miała pomysłu jak defensywę gości obejść. Choć byli nieomal w nieustannym natarciu, ich akcje sprowadzały się do tego, że gdzieś na skrzydle (co ciekawe, tylko i wyłącznie prawym) usiłował urwać się Kupisz, względnie Makuszewski. Szybko jednak byli wypychani do linii, zaś przy próbie złamania akcji do środka, tracili piłkę przy potrojonym kryciu.

Jagiellonia w pierwszych fragmentach starała się grać bardzo agresywnym pressingiem. To, obok kilku ładnych zagrań Grzyba, było najładniejszym dla oka momentem spotkania. Szybki atak na rozgrywających piłkę graczy Polonii powodował u nich mnóstwo niedokładności i stwarzał nadzieje na szybkie przejście do konstruowania akcji ofensywnych. Niestety, gospodarze dość szybko przestali grać w ten sposób, pozwalając na więcej rywalom w rozegraniu. Tam nieźle poczynali sobie Trałka i Mierzejewski, jednak kiedy piłka docierała do dwójki Smolarek- Sobiech, poprawnie reagowała defensywa, szybko powstrzymując atakujących.

I tak na dobrą sprawę ta gra od 10 do ostatniej minuty wyglądała. Wprawdzie z biegiem czasu miejsca w środku zaczynało się robić ciut więcej, gra była nieco bardziej otwarta, ale nadal rozegrania jakiejkolwiek akcji sprawiało duże problemy. Z tej frustracji zaczęły się mnożyć zachowania mało sensowne- długie podania na otoczonych kilkoma rywalami osamotnionych napastników czy wrzutki w pole karne absolutnie do nikogo, byleby coś robić z piłką. Lekką przewagę miała w drugiej połowie Polonia, co było efektem zaangażowania w ofensywę większej liczby graczy. Wreszcie też doczekaliśmy się ofensywnych wejść bocznego obrońcy (Brzyski)

Reakcją Michała Probierza było wpuszczenie na boisko Frankowskiego. Ustawienie się nie zmieniło, ale w personaliach w ofensywie przyniosło to prawdziwą rewolucję- Kupisz przeszedł na lewe skrzydło, Grosicki na prawe, zamieniając się co jakiś czas z środkowym Burkhardtem, Franek zaś zajął miejsce na szpicy. Grę zmieniło to w niewielki sposób (mało efektywne szarpnięcia Grosika), ale ta roszada personalna przyniosła gospodarzom zwycięstwo. Jedyny poważny błąd Polonii w kryciu wykorzystał wysunięty napastnik Jagi. Paweł Janas chwilę potem dokonał dwóch zmian (tylko personalnych, taktyki nie ruszono), ale było już za późno na cokolwiek. Chwilę przed stratą bramki zresztą niepotrzebnie wpuścił na plac gry będącego zupełnie bez formy Gancarczyka.

Gdyby próbować po tym meczu odpowiedzieć na pytanie, czemu to Jagiellonia jest liderem, trzeba by odpowiedzieć „bo ma zawodnika, który jest w stanie wykorzystać jedyną sytuację w meczu”. Bo niestety, to spotkanie dość mocno rozczarowało. Wprawdzie na grę obronną obu zespołów przyjemnie było popatrzeć, tak samo konstruowanie akcji pozostawiało bardzo dużo do życzenia. Pozostaje mieć nadzieję, że drużyna, która po zakończeniu rozgrywek będzie na szczycie tabeli, będzie pokazywać lepszy futbol niż ten, którym uraczono nas dziś w Białymstoku.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama