Chelsea 2-0 Wolverhampton – Znużone gwiazdy?

To nie było łatwe spotkanie dla Chelsea, ale podopieczni Carlo Ancelottiego chyba sami postanowili sprawdzić na jak wielkim ‘leniu’ są w stanie wygrać mecz ligowy. Wolverhampton to zespół, który potrafi sprawić rywalowi problemy gdy widzi okazję lub szansę i ekipa Micka McCarthy’ego może czuć się zawiedziona, że nie strzeliła choćby jednej bramki. Przeszkodził im Petr Cech w kilku sytuacjach, który w ostatnich ośmiu meczach domowych zachowywał czyste konto. Rekord.

Pomysł na grę ofensywną Wolverhampton miało oczywisty jak na zespół z dołu tabeli – gra długą piłką. Jednak ekipa gości nie spodziewała się, że będzie miała tyle miejsca i Chelsea pozwoli im na rozgrywanie piłki przez tak długi okres czasu. Wobec tego mogli oni dowoli stosować wypracowany i zaprezentowany już w poprzednich meczach schemat gry – rozegranie akcji do boku, utrzymanie piłki w tej strefie do momentu w którym w polu karnym znajdzie się co najmniej trzech zawodników Wilków i bezpośrednie dośrodkowanie. To dawało efekty i zagrażało bramce Chelsea.


Z kolei gospodarze mieli problemy z przebiciem się przez mur ośmiu zawodników gości stojących na przestrzeni pomiędzy linią pola karnego a dwudziestym piątym metrem. W tym celu często po piłkę cofał się Nicolas Anelka, który robił sporo kilometrów zbiegając na własną połowę, oba skrzydła i szukając gry. Zwiększona aktywność Francuza wynikała z braku zawodnika, który grę Chelsea pod polem karnym by pociągnął – na przykład Franka Lamparda. Z drugiej strony trzeba jednak przyznać, że momentami jego koledzy wyglądali na mocno niezainteresowanych wykończeniem akcji – po prostu najlepiej by było rozgrywać piłkę do woli, bawić się nią na oczach rywali i… nie wysilać się zbytnio przy tym.

Wiele pomagał w rozbijaniu muru Jose Bosingwa, prawy obrońca Chelsea, który do gry wrócił po rocznej przerwie tydzień temu w meczu z Aston Villą. Piłkarze gospodarzy rozgrywali piłkę dłuższą chwilę, czekając na moment w którym Portugalczyk ruszał z pod linii bocznej sprintem w samo pole karne. Dostał tak dwa prostopadłe podania na wolne pole i niewiele zabrakło by strzelił gola, ale za każdym razem świetnie interweniował Hahnemann. Obrońcy Chelsea szukali zwłaszcza Anelka i Malouda.

Chelsea próbowała wszystko zrobić popisowo – od prostych interwencji w obronie, rozegrania akcji, do jej samego wykończenia. Było to efektowne, ale w ramach oszczędzania sił grane na tak wolnym tempie, że w defensywie Wolves potrafili ustawić się bez większych problemów i po prostu przemieszczać się od jednej strony do drugiej asekurując kolegów. Jednak różnica klas wychodziła za każdym razem, gdy Chelsea przyspieszała – wystarczyła nawet niewielka zmiana tempa i od razu zagrażali oni bramce gości. Jak wygląda taka zmiana tempa? Po prostu rozegranie z kilku kontaktów z piłką zmieniane zostało w grę z klepki, która była i efektowna, i efektywna, ponieważ przyniosła gospodarzom dwie bramki.

Za pierwszym razem Anelka wraz z Żirkovem i Maloudą rozbili defensywę rywali, a za drugim akcja została rozprowadzona w trójkącie Kalou, Drogba i Essien, wykończona przez tego pierwszego. Było to imponujące, ponieważ tak na dobrą sprawę Wolverhampton nie było stać na takie zagrania, oni szukali tych dośrodkowań, stałych fragmentów gry i za pomocą walki w środku pola (wyszczególnić należy świetny występ Dave’a Jonesa) starali się Chelsea… rozciągnąć. Mistrzowie mają jednak to do siebie, że pewne zachowania są u nich automatyczne, a trzymanie odległości pomiędzy formacjami i płynności w grze z defensywy do ofensywy do tych zalet po prostu należy.

Carlo Ancelotti powiedział po meczu, że Chelsea nie zagrała dzisiaj na 100%. Na miejscu szkoleniowca Mistrzów Anglii też nie szukałbym odpowiedniej liczby by określić formę procentową jego zespołu, ponieważ zapewne skończyłoby się w okolicach pięćdziesięciu. To jednak nie zmienia faktu, że obecnie Chelsea jest dla rywali na własnym stadionie nie do złapania – nawet gdy w beznadziejnej formie jest Drogba, obrona popełnia błędy w ustawieniu, a skuteczność pod bramką przeciwnika szwankuje. Irytujący to styl? Owszem, ale kolejne trzy punkty dopisane do ligowej tabeli zacierają wrażenie pewnego znużenia w grze Chelsea.

Reklama