Wisła- Korona 2-2: stadion już jest

W klasyku niemieckiej myśli szkoleniowej (Bisanz/ Gerisch- „Fussball. Kondition, Taktik, Technik & Coaching”, więcej o tej książce wkrótce), trening psychologiczny zajmuje osiemdziesiąt stron. Być może to podejście sprawia, że germańskie drużyny nie potrzebują tyle czasu, żeby pozbierać się po utracie gola. W tym spotkaniu ta trudna sztuka nie udała się ani Wiśle ani Koronie. Chwilę po tym jak oba zespoły straciły bramki, przestawały grać i rozbite, na kilkanaście minut stawały się biernym uczestnikiem wydarzeń na boisku, zaś cały system gry, nawet jeśli jeszcze chwilę temu funkcjonował bez zarzutu, w okamgnieniu zaczął się sypać. Jednakże zespół, który po zdobyciu gola znajdował się na fali ani myślał wykorzystać słabość rywala i dobić go. Po jakimś czasie rywal się podnosił i odgryzał. Samo widowisko jednak nie zawiodło i godnie przywitało nowy krakowski stadion.


Wisła rozpoczęła z trzema nominalnymi napastnikami, ale dwóch pełniło funkcję pomocników. Cofnięty napastnik, a w najlepszym wypadku skrzydłowy, zaczął na boku obrony. Wyszło z tego dość ofensywne 4-2-3-1, Boukhari i Rios starali się schodzić możliwie często w okolice środkowej strefy (przynajmniej po upływie pierwszych 20 minut, widząc, że na skrzydłach są skutecznie spychani ku linii autowej), defensywni pomocnicy podejmowali próbę podłączania się pod akcję, tak, by za Żurawskim nie tworzyła się zbyt wielka dziura. O wiatr na skrzydłach dbał głównie Cikosz, Paljić nawet jeśli kończył akcję dośrodkowaniem, miało ono miejsce raczej ze sporej odległości od pola karnego.

Korona zaś wybiegłą w 4-4-1-1, z wysuniętym Niedzielanem i cofniętym Edim. Zaskoczeniem był Kuzera na boku pomocy. Być może chodziło o wzmocnienie defensywy w sytuacji, gdy na tej flance mieli szarżować i Paljić i Boukhari. Sporą pracę w środku pola wykonywali Vuković i Jovanović, zaś boczni obrońcy skupiali się głównie na destrukcji. Swojej szansy z przodu szukał grający często w linii z obrońcami Niedzielan. Ustawienie to wydawało się być nieco asekuranckie, głównie z powodu dość zachowawczej postawy środka i bocznych obrońców. Zmiana jednek przyszła sama- Kuzera złapał kontuzję i został zmieniony przez Korzyma. Ten wszedł na lewą stronę, zaś Paweł Sobolewski przeniósł się na prawą, zaś obaj zaczęli grać nieco bliżej bramki Wisły.

Początek spotkania zestawił dwie różne koncepcje gry. Wisła rozgrywała powoli, sporo się ruszając i próbując dość aktywnych wariantów ataku pozycyjnego. Korona liczyła na szybkie rozstrzygnięcie sprawy i szybkie wymiany pomiędzy zawodnikami. Pierwsze minuty wskazywały na gości. Piłka ładnie krążyła pomiędzy poszczególnymi graczami, zaś gospodarze z uporem maniaka grali skrzydłem blisko linii, co piłkarze z Kielc bardzo dobrze wykorzystywali, zawężając z łatwością pole gry i zmuszając Wiślaków do strat.

Krakowianie docierali się jednak powoli. Uważna i (wyjątkowo) pewna gra stoperów umożliwiała aktywniejsze włączanie się do akcji defensywnych pomocników. Podobać się mógł zwłaszcza Wilk, niezły w destrukcji, z ciekawymi pomysłami przy rozegraniu. Na jego tle gorzej wypadł Sobolewski, grał nierówno, świetne momenty czytania gry przeplatał z dziwnymi błędami w ustawieniu. Do gola potrzeba było jednak błysku geniuszu i idealnego dogrania Riosa i ładnego wyjścia Brożka. Chwilę potem zakończyła się pierwsza część, a statystyki dobrze oddawały boiskową sytuację. Wisła prowadziła w posiadaniu piłki 61-39.

Początek drugiej połowy przyniósł wyrównanie i okres dłuższej aktywności Korony. Wisła wręcz momentami grała na stojąco, próby ataku pozycyjnego rozbijały się o małą ruchliwość, z sił opadły też motory napędowe- Boukhari (chyba za długo pozostał na murawie) i Rios. Tego ostatniego zmienił Kirm, ale wpływ tej roszady na spotkanie można zmarginalizować. Do głosu coraz bardziej dochodzili goście, wracając do swojej gry z początku spotkania. Niespodziewanie jednak Wiślacy przeprowadzili składną akcję (ponownie ładne wyjście na pozycję Brożka) i wyszli na prowadzenie. Był to jednak chwilowy przebłysk krakowian, wcześniej mnożyły się sytuacje sygnalizujące brak pomysłu na rozegranie akcji, także chyba i zmęczenie narzuconym w pierwszej części mocnym jak na polskie standardy tempem. Tym niemniej, o czym było na początku, chwilowy szok dopadł Koronę, zaś krakowianie zdawali się opanować sytuację.

I kiedy tak wydawało się, że Wisłą dowiezie zwycięstwo do końca, po raz kolejny zadecydowały indywidualności. Przyzwoicie grająca obrona Wisły popełniła serię poważnych błędów, co wykorzystał Niedzielan, pointując ten mecz w nieco kuriozalny sposób. Oto bowiem dwie drużyny grały momentami zaskakująco dobrą piłkę, a o wyniku i tak tradycyjnie decydowało, kto lepiej wykorzystywał błędy rywala. Przy okazji kontrastując to spotkanie z wczorajszym meczem Lecha, można było zobaczyć różnicę między ligą a europejskimi pucharami. Gdy gra się z Juventusem, wykorzysta on trzy błędy na pięć. Gdy gra się z przeciętną polską drużyną, wykorzysta ona jeden błąd na dziesięć, a w międzyczasie popełni ich piętnaście.

Ale nie ma co narzekać. Spora liczba takich sytuacji będzie nam towarzyszyć w lidze jeszcze bardzo długo. Grunt, że mamy okazję poobserwować momenty ładnej, płynnej gry. Stadiony rosną, gra też nie stoi w miejscu, wbrew temu, co mogą sugerować wyniki polskich drużyn w pucharach z ostatnich lat, szansa, że dożyjemy lepszych czasów jednak istnieje.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama