Tottenham- Twente 4-1: ślepa sprawiedliwość

Zrzucanie winy za porażkę na sędziego to proceder dość częsty. Rzadszy, gdy przegrywa się trzema bramkami. Tym niemniej czasem i panowie w czerni mają swoje gorsze dni i w walny sposób odciskają swoje piętno na końcowym wyniku.


Twente zaczęło spotkanie w Londynie w niemal tym samym zestawieniu co w zremisowanym spotkaniu z Ajaksem. Jedyną różnicą było zastąpienie Chadliego Bajramim, ale po półgodzinie gry wszystko wróciło do normy, kiedy Holender musiał zastąpić Szweda. 4-5-1 Preud’homme’a miało dość nietypowy kształt. Oto bowiem Brama, Jansen i Landzaat skupili się głównie na asekurowaniu własnej bramki, a główne funkcje playmakerskie przypadały Ruizowi. Ów zamiast grać na swojej nominalnej prawej flance, bardzo często znajdował się w innych sektorach boiska.

Podobną rolę w Tottenhamie pełnił van der Vaart. O ile jednak pozycję Ruiza dublował skrajny defensor- Rosales, tak pomocnik Tottenhamu rzadko był wspierany przez grającego mocno z tyłu Huttona. Nadawało to ustawieniu Anglikom sporej asymetryczności. Mało tego, i van der Vaart i Modrić bardzo często schodzili na lewą flankę, by nieco odciążyć szarżującego na skrzydle Bale’a.

Na tym głównie opierał się pomysł Tottenhamu. Rozpędzony Bale otrzymywał piłkę, po czym starał się centrować ją w pole karne na głowę Croucha lub nabiegającego Pawljuczenkę. O ile jednak do momentu dośrodkowania wszystko udawało się doskonale, tak same podania rzadko znajdowały adresatów. Po drugiej zaś stronie Twente bardziej szanowało piłkę, sporo się ruszając i starając się szukać rozegrania pozycyjnego z nagłym przyspieszeniem w końcowej fazie. Po jednej z takich akcji w niezłej sytuacji znalazł się Janko, ale chybił. Z biegiem czasu jednak napastnik holenderskiej ekipy nieco przygasł, przez co zagrożenie pochodziło głównie z drugiej linii (Ruiz i Chadli), zaś w końcówce pierwszej części inicjatywa przeszła niemal zupełnie w ręce Anglików. Ci jednak nie potrafili udokumentować jej bramką.

Tuż po zmianie stron Totenhamowi udało się w końcu to, co nie wyszło kilkanaście razy- wrzutka na Croucha (tym razem w wykonaniu Huddlestone’a), zgranie do nabiegającego van der Vaarta i wyjątkowej urody strzał Holendra, dający gospodarzom prowadzenie. Nie było to jednak ukoronowanie przewagi Tottenhamu, gra była bardzo wyrównana, tyle, że defensywa gości miała coraz większe problemy z upilnowaniem angielskiego wieżowca, co w końcu zaowocowało błędem. Niewiele potem padł drugi gol, po bezdyskusyjnym tym razem rzucie karnym. Takie prowadzenie uspokoiło londyńczyków, inicjatywę przejęli Holendrzy.

Ci, zamiast rzucić się do szalonego ataku, grali swoje. Sporo się ruszali, w środku szalał Ruiz, który często uruchamiał partnerów, śmielej do akcji ruszali Janssen i Kuiper. Gol padł jednak po zamieszaniu po stałym fragmencie gry. Chwilę później drugą żółtą kartkę obejrzał van der Vaart i wydawało się, że szanse Twente na przynajmniej punkt są niemałe. Trzeciego karnego (dodajmy, ponownie wątpliwego) podyktował jednak arbiter spotkania. Tottenham wyszedł na dwubramkowe prowadzenie, równocześnie dość mocno się cofając.

Croucha zastąpił Jenas, zaś na desancie pozostał sam Pawljuczenko. Anglicy czekali na rywala na własnej połowie, w momencie przekroczenia przez piłkę linii środkowej włączając pressing. Gdy od czasu do czasu kontrowali, Twente zaś w wielu momentach pozwalało na wiele, właściwie odpuszczając krycie. Dziwiło to bardzo, bo wykorzystując przewagę jednego zawodnika aż się prosiło by utrudniać rywalowi życie forecheckingiem, tymczasem londyńczycy nawet na połowie rywala mieli sporo miejsca na rozegranie.

Sprawiało to, że przewaga zawodnika stawała się mało widoczna. Nie pomogło zdjęcie Landzaata i wprowadzenie de Jonga. Po stracie trzeciej bramki z Holendrów uszło powietrze i nie wróciło już do końca. Nawet to, co wychodziło do tej pory bez zarzutu, czyli sprawny atak pozycyjny, zostało zastąpione próbami dalekich przerzutów, z reguły mało udanych. Jeden szarpiący grę Ruiz na boisku to zbyt mało.

4-1 brzmi jak pogrom, ale gdyby dodać, że do momentu straty trzeciej bramki nie było widać dużej różnicy między zespołami, zaś wcześniej w kluczowych sytuacjach sędzia kilkukrotnie mylił się na niekorzyść Holendrów, próżno doszukiwać się obrazu klęski. Zespół Twente zagrał bardzo kompetentną piłkę, ze sporą ruchliwością i płynnym rozegraniem akcji. Miło popatrzeć na zespół prezentujący tak poukładany futbol. Nawet jeśli Europy nie zawojują, McLarenowi i Preud’homme’owi należą się słowa uznania za ich pracę.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama