Polska- Ukraina 1-1: syndrom dziesięciu sekund

Seria słabych występów postawiła Smudę pod ścianą. Kilkaset minut bez gola mimo przyzwoitej gry w ofensywie sprawiło, że Franz zaczął szukać nowych rozwiązań na rozegranie piłki w ataku. Zupełnie niepotrzebnie, bo mimo braku efektów bramkowych rozegranie piłki przez Polaków wydawało się powoli zmierzać na nieznane dotychczas tereny ataku pozycyjnego. Zniechęcony jednak brakiem rezultatów Smuda zdecydował się powrócić do tradycyjnego polskiego systemu. Znowu więc wesoło i romantycznie siadamy na koń i z galopem ruszamy z szabelką w dłoni na rywala, nie bacząc na okoliczności.


Zaczęło się jak zawsze- Polacy wyszli na plac gry zmotywowani, grający ostrym pressingiem, szybko i płynnie wymieniając podania. Jak zawsze szybko też się skończyło, po kilkunastu minutach zaczęła się bezładna szarpanina w ofensywie. Co można uznać za ciekawostkę- była to szarpanina z jednej tylko strony. Franciszek Smuda zdecydował się na asymetryczne ustawienie, bez lewego skrzydła, za to z Błaszczykowskim i Peszką operującymi na prawej flance. Dodając do tego Piszczka, ofensywna siła po tej stronie sprawiała imponujące wrażenie. Tyle, że Błaszczykowski i Peszko (który w zamyśle miał grać głębiej) współpracowali ze sobą źle, częściej sobie przeszkadzając, niż przeprowadzając składne akcje. Co ciekawe Smuda zniwelował w ten sposób atuty obu tych zawodników. Błaszczykowski grał przy linii i nie miał miejsca na ścinanie do środka, zaś Peszko, musząc być obecnym bardziej w środku, nie mógł pozwolić sobie na rajdy na dużej przestrzeni. Trzeci z środkowych- Iwański- zagrał jak zwykle, kilka zagrań z najwyższej półki przeplótł długimi momentami znikomej pracowitości na boisku.

Duże problemy Polaków biorą się z tego, że zawodnicy z orłem na piersi nie są w stanie utrzymać się przy piłce. Nie było to tak widoczne w tym meczu, bo ogromnej liczby strat nie byli w stanie wykorzystać Ukraińcy, tym niemniej liczba składnych akcji do strat jest ułamkiem załamująco małym. Wydawało się momentami, że Smuda wreszcie wpaja zawodnikom, że kluczem do dobrej gry jest umiejętność utrzymania przy piłce. Tymczasem utrzymanie piłki przez dziesięć sekund przekracza możliwości naszej reprezentacji. Nawet w sytuacji beznadziejnej piłka musi być rozegrana do przodu, za cenę niemal pewnej straty. A przecież spokojne rozegranie piłki z wykorzystaniem innych graczy z tyłu mogłoby prowadzić do znacznie lepszych efektów. Wiąże się to jednak z koniecznością wypracowania schematów ataku pozycyjnego, co było zadaniem na lata, a działania długofalowe polską specjalnością nigdy nie były.

Fakt tak ogromnej liczby strat dziwi tym bardziej, że reprezentacja posiada zawodników, którzy są w stanie dłużej poholować piłkę, spowolnić nieco i uspokoić grę. Z tego słynęli Murawski i Bandrowski, tymczasem dziś i im udzielił się tytułowy syndrom dziesięciu sekund. Nie reagował na to także Smuda, szukając zmian bardziej personalnych niż taktycznych (Matuszczyk za Bandrowskiego). Jako próbę wpłynięcia na obraz gry można zaliczyć zmianę Iwańskiego na Lewandowskiego, nie zmieniło to jednak sytuacji na prawym skrzydle, pojawiła się lewa strona (Jeleń lub Lewandowski), ale zanikł środek. Nadal brakowało odrobiny chłodnej kalkulacji, która pozwalałaby stworzyć zagrożenie pod bramką Ukrainy niewynikające z chwilowych szarpnięć.

Ten mecz przenosi Polskę niejako do punktu wyjścia. Po raz kolejny próbujemy gry byle szybkiej, byle zaskoczyć rywala jednym, dwoma podaniami, w ten sposób przedrzeć się pod bramkę i którąś z tych akcji wykorzystać. Tak graliśmy od zawsze, czasem lepiej, czasem gorzej, w zależności od wykonawców. Teraz wykonawcy są chyba najsłabsi od lat, więc próbując robić to co zawsze, na zbyt wiele liczyć nie możemy. Smuda próbował czegoś innego, ale na to potrzeba czasu. Po serii fatalnych wyników selekcjoner reprezentacji doszedł chyba do wniosku, że tego czasu już nie ma i zarzucił swoje pomysły. Szkoda, bo była szansa na nową jakość w polskiej piłce. A tak nadal będziemy grać sposobem, który z wolna przechodzi do lamusa.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama