Manchester City 1-0 Chelsea: Mancini to Mourinho

Zły dzień w pracy? Brak formy poszczególnych piłkarzy? Nieumiejętność radzenia sobie z lepszym przeciwnikiem? Błędy taktyczne Carlo Ancelottiego? Maszyna Chelsea, która wydawała się być nie do zatrzymania w poprzednich meczach ligowych, poniosła porażkę w pierwszym poważniejszym teście.


Czy może był to test dla City? Oni wszakże robią wszystko by do czołowej trójki dobić i bić się z nimi o mistrzostwo. Wiadomo już, że Roberto Mancini w meczach z lepszymi będzie stosował taktykę doskonale na Wyspach znaną. Przecież wszyscy pamiętamy jak skuteczna, ale brzydko grająca Chelsea Jose Mourinho wygrywała tytuły w dwóch pierwszych sezonach Portugalczyka.

Adaptacja Manciniego polegała jednak bardziej na stylu i planie gry, nie ustawieniu. Gdy tylko było to możliwe, piłkarze City w dziewięciu, a nawet dziesięciu ustawiali się za linią piłki rozgrywaną przez rywali. Pressing był słabo-średni i zaczynał się dosyć głęboko na własnej połowie, jednak przy braku Lamparda i wysoko ustawionym Drogbie, brakowało piłkarza, który to miejsce na strzał z dystansu, stworzone dobrym rozegraniem, wykorzystał. Essien próbował sześć razy, ale dopiero ostatnia próba była celna – na dodatek dość słaba.

Manciniemu wielokrotnie już w tym sezonie oberwało się za ustawienie trzech środkowych pomocników raczej zajmujących się destrukcją niż rozegraniem. Gareth Barry, Yaya Toure i Nigel De Jong byli jednak absolutnie kluczowi w grze City – skutecznie nie pozwalali współpracować ze sobą ofensywnej trójce (Drogba, Anelka, Malouda) Chelsea, szybko dystrybując piłkę do swoich piłkarzy atakujących.

W pierwszej połowie podobnie wyglądała gra Chelsea, choć nieco odważniej grali obaj boczni obrońcy Londyńczyków. Po 45 minutach ten mecz, przepraszam za banał, przypominał taki w którym o rozstrzygnięciu decyduje jeden błąd, jedna bramka. I faktycznie tak było, choć nie błąd zadecydował, raczej gol dla City był efektem odważniejszej gry Chelsea. Prosta strata Ramiresa, kontra i dobry ruch Silvy, zabierający Tevezowi drugiego obrońcę (Terry’ego) – Argentyńczyk nawet nie mijając Ashley Cole’a oddał strzał (błąd Anglika), którego zasłonięty Cech nie mógł obronić. Kolejne minuty to dalsza dobra gra w defensywie Manchesteru City oraz kontry – czyli elementy cechujące świetnie zorganizowany zespół Jose Mourinho z lat 2004, 2005 i 2006.

Szacunek należy się Garethowi Barry’emu – on był bardzo, bardzo krytykowany za to co zaprezentował na MŚ oraz w słabszym poprzednim sezonie. Nikt nie twierdzi, że niesłusznie, swoją drogą… Jednak dzisiaj był absolutnie kluczowym zawodnikiem w swoim zespole. Wszystkie jego podania były celne, zaledwie jeden przegrany pojedynek, cztery przejęte piłki i, coś czego statystyki nam nie powiedzą, świetne ustawianie się na boisku – uzupełnianie pozycji, asekuracja, skracanie pola… Wybitny mecz pomocnika Citizens to nie był, ale na pewno daleko od ideału się nie znalazł.

Kluczem do porażki Chelsea było głównie marne zaangażowanie w grę Drogby. Schowany za obrońcami, nie wygrywający starć, nie szukający gry, niecelnie podający… Jego udział w grze można porównać do tego co zaprezentował Carlos Tevez. Ten mecz udowodnił, że gra jednym napastnikiem nie oznacza konieczności wystawienia dwumetrowego atlety pojedynkującego się z obrońcami w walce wręcz. Tevez choć jest świetnie zbudowany to w powietrzu gra słabo. Jednak jego zaangażowanie w grę jest godne pozazdroszczenia. Tabelka idealnie zobrazuje to jak spisywali się obaj piłkarze, grający na tej samej pozycji, ale grający zupełnie inaczej.

Manchester City spisał się bardzo dobrze w defensywie i wykorzystał jedną z nielicznych szans w tym meczu i strzelił decydującą bramkę. Czy jednak taktyka 4-3-2-1 będzie się sprawdzać także w spotkaniach ze słabszymi drużynami? Mistrzostwa nie wygrywa się w meczach z bezpośrednimi rywalami, ale grając z dołem tabeli… Co zaś się tyczy Chelsea – zdecydowanie było to spotkanie dalekie od ideału dla kilku piłkarzy, a także przekonaliśmy się, że Franka Lamparda Ramiresem i wyżej ustawionym Essienem nie da się zastąpić. Zwłaszcza grając na trzech tak dobrze dysponowanych pomocników rywali.

Reklama