Legia 2-1 Lech: nie matura, a chęć szczera

W tym meczu Lech nie chciał wygrać, za to Legia – przeciwnie. Życzeniom obu ekip stało się zadość.


Poznaniacy przyjechali do Warszawy podbudowani meczem z Juventusem i to było widać – od początku groźnie atakowali, nie pozwalając legionistom na konstruowanie własnych akcji. Ekipa Skorży próbowała odgryzać się pressingiem, jednak Lech mądrymi podaniami potrafił spod tego pressingu wychodzić. Kiedy już po początkowym okresie naporu gości gra się wyrównała, Legia nadal miała ogromne problemy z wyprowadzeniem piłki. Czego by nie powiedzieć o waleczności Vrdoljaka, to ani on, ani żaden z pozostałych pomocników nie są póki co w stanie zastąpić Iwańskiego. Jego brak był szczególnie widoczny przy wyprowadzaniu kontr – legioniści niemal zawsze wybierali gorsze rozwiązania rozegrania niż mogli, w dodatku przez pierwsze pół godziny skrzydłowi grali zaskakująco blisko środka pola. Nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że środkowi posyłali im piłki wyrzucające pod linię boczną w sytuacjach, gdy bardziej opłacało się grać prostopadle.

Jeśli do tego wszystkiego dodamy totalne rozkojarzenie obrońców Legii, otrzymamy połowę, w której Lech mógł i powinien prowadzić przynajmniej trzema bramkami. Gospodarze w defensywie nie istnieli – albo nonszalancko wybijali piłkę (Choto), albo zapominali, że mają prawie dwa metry wzrostu i duży zasięg ramion (Antolović), albo też stali i przyglądali się, czy przypadkiem kolega nie pofatyguje się przerwać akcji (nagroda zbiorowa). Apogeum bezczynności osiągnęli przy strzale z dystansu Rudnevsa, kiedy aż trzech zawodników ze stoickim spokojem obserwowało, jak Łotysz znakomicie uderza. Słabości Legii nie potrafili jednak wykorzystać nieskuteczni poznaniacy. Być może stałoby się inaczej, gdyby momenty gry z pierwszej piłki w ich wykonaniu były częstsze, choć i tak stopniem boiskowego zrozumienia bili gospodarzy na głowę. Do czasu, a dokładniej – do przerwy.

Indagowany na okoliczność końca pierwszej połowy Bartosz Bosacki stwierdził, że już w połowie przerwy jego koledzy będą skoncentrowani przed drugą częścią spotkania. Nawet, jeśli tak było, to koncentracji starczyło im jedynie do końca wspomnianej przerwy. Lechici grali już wtedy z przewagą jednego zawodnika i najwyraźniej zlekceważyli osłabionego przeciwnika. Od początku drugiej połowy zagrali tak, jak legioniści w pierwszej – rozkojarzeni. Na domiar złego zaczęli wyglądać kiepsko pod względem kondycyjnym. Nie wiem, co piłkarze Lecha robili podczas przerwy spowodowanej hucznym otwarciem ich stadionu, ale wydawali się zmęczeni rozegraniem przynajmniej dwóch meczów. Z dogrywkami.

Czego Kolejorz nie zrobił w pierwszej odsłonie, Legia zrobiła w drugiej. Wyszła z szatni zmotywowana, z nowo nabytą wiarą we własne umiejętności. I chociaż póki co jest ta wiara mocno na wyrost, a w akcjach przeważa jeszcze chaos, to o dziwo wystarczyło na lepiej zorganizowanego Lecha. Poznaniaków zgubiła pewność siebie i chęć zbyt szybkiego wygrania meczu – ich akcje były rwane, zdecydowanie zbyt często kończyły się bądź to stratą, bądź kiepskim uderzeniem z dystansu. Jeszcze raz okazało się, jak wielkie znaczenie ma wola walki – nawet przy mniejszych umiejętnościach i słabszym zrozumieniu wewnątrz zespołu. A okazja do porównywania była w tym wypadku znakomita – oba zespoły (przynajmniej do 44. minuty) grały w ustawieniu 4-2-3-1, z podwieszonymi za napastnikami Stiliciem i Kucharczykiem. Zarówno jeden, jak i drugi zaprezentowali się z dobrej strony. Stilić wyglądał o wiele lepiej niż w poprzednich spotkaniach – miewał dobre przerzuty, świetne akcje indywidualne, choć ciągle jeszcze słabo wychodziły mu strzały. Z kolei Kucharczyk prezentował się w warszawskiej ofensywie najlepiej, z zimną krwią wykorzystał wspaniałe podanie ogólnie słabego Manu.

Legia wygrała ten mecz ambicją, Lech przegrał nieskutecznością w pierwszej i fatalną postawą w drugiej połowie. Jednak żaden z trenerów nie może się po tym spotkaniu cieszyć. Skorża z pewnością wie, jak wiele jeszcze przed nim pracy, by formacje zaczęły ze sobą odpowiednio współpracować. Z kolei przed Zielińskim stoi trudne zadanie zaszczepienia zawodnikom czegoś na kształt instynktu drapieżcy, dopadającego rywala w chwilach słabości i bezlitośnie ową słabośc wykorzystującego. Stilić, Kriwiec i (zwłaszcza) Peszko muszą się nauczyć, że na samo hasło „Lech” przeciwnicy nie padną na kolana, zajmując się kontemplacją popisów poznaniaków.

Reklama