Lech- Salzburg 2-0: mętny Red Bull

Pierwsze 30 minut sprawiało wrażenie, że Red Bull jest znacznie mocniejszy niż Lech. Gracze Kolejorza nie byli w stanie skonstruować zalążka akcji zespołowej, goście zaś mimo, że nie pokazywali nic wielkiego, zdawali się panować nad przebiegiem wydarzeń. Poznańska Lokomotywa docierała się jednak powoli, osiągając pod koniec pierwszej połowy poziom Austriaków, w drugiej zaś połowie zapewniając sobie zwycięstwo.


Gospodarze zaczęli bez niespodzianek, tradycyjne 4-5-1, z tradycyjnym podziałem ról na boisku. Na skrzydłach szarżujący Peszko i nieco mniej aktywny Kikut, w środku posiadający dużą swobodę taktyczną Stilić, pracujący na całej długości i szerokości Kriwiec i bardziej defensywnie usposobiony Injac. Ten zestaw środka pola przez pierwsze pół godziny fundował obserwatorom tego spektaklu zatrważający pokaz wzajemnego niezrozumienia. Kikut grał mało aktywnie, Peszko nadal znajdował sobie cel w dośrodkowaniu z linii końcowej boiska, zaś Stilić snuł się po placu gry bez wyraźnego celu. Sytuację w rozegraniu ratowali aktywny Kriwiec (wespół z Injaciem poprawni również w destrukcji) oraz sporo cofający się po piłkę Rudnevs. Tym niemniej to goście dominowali przez pierwsze minuty, spokojniej panując nad piłką i często dochodząc w okolice pola karnego Lecha. Tam jednak dobrze funkcjonowało podwajanie krycia, dodatkowo cofali się Kikut i Peszko, a piłkarze z Salzburga atakowali niewielkimi siłami. Szans na pokonanie Buricia nie było więc zbyt wiele.

Druga połowa mogłaby wyglądać podobnie, ale Lech chwilę po zmianie stron wyszedł na prowadzenie. W tym momencie Austriacy nieomal stanęli i poznaniacy mieli okazję podwyższyć prowadzenie. Wykorzystując słabość rywala zaczęli grać szybciej i żwawiej. Ożywił się Stilić, zaś i Peszko zaczął grać bardziej z głową i częściej łamać akcje do środka. W sukurs Lechitom przyszła też wymuszona zmiana. Wojtkowiaka zastąpił Kiełb, wchodząc od razu do pomocy, Kikut zaś przeszedł na bok obrony. Nowy zawodnik nie oznaczał jednak tego samego ustawienia. Nadal wprawdzie było to 4-5-1, ale bardziej wąskie. Kiełb bardzo często grał dużo bliżej środka. Z drugiej strony podobnie zaczął postępować Peszko, przez co gra Lecha zrobiła się nieco bardziej kompaktowa. Aż się prosiło, żeby w ewentualnych atakach korytarze na skrzydłach wykorzystywali boczni obrońcy. Lech jednak postawił na defensywę i ograniczał się do kontr czterema zawodnikami.

Ci czterej zawodnicy wystarczali jednak zupełnie na pasywną i powolną defensywę Salzburga. Austriacy dodatkowo odkryli się w końcówce spotkania, przechodząc na momentami 4-3-3, co pozwalało Lechowi w razie przejęcia piłki dość szybko i bezproblemowo przechodzić przechodzić przez strefę środkową. Poznaniacy czekali na rywala dość głęboko, ale byli w stanie kilkoma szybkimi i błyskotliwymi podaniami (Kiełb i wreszcie Stilić) rozprowadzić piłkę. W ten oto sposób padła druga bramka dla gospodarzy, ale ciekawie rozegranych w ten sposób akcji było sporo więcej.

W kolejnym spotkaniu nie zagrają Injac i Peszko. Przez Jackiem Zielińskim twardy orzech do zgryzienia. Peszko, gdy gra nie idzie, jest mimo wszystko jedyną nadzieją na pociągnięcie akcji do przodu (a że długo potrafi nie iść, pokazał i ten mecz), zaś Injac dobrze sobie radził w asekuracji środka boiska. Póki co jednak trzeba się cieszyć, Lech zagrał bardzo uważnie w defensywie, zaś w końcówce pokazał, że posiada piłkarzy zdolnych do sprawnego rozegrania szybkiego ataku. Gdyby jeszcze tę zdolność pokazywali dłużej niż kilkanaście minut w meczu, można by mieć pewne nadzieje na dobry wynik w pozostałych starciach. Póki co jednak zwycięstwo nad słabo prezentującymi się Austriakami powodem do hurraoptymizmu być nie powinno.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama