Everton 3-3 Man United – starość radość


Liczby nie mają żadnego znaczenia. Ten mecz od pierwszej minuty rozpoczął zaledwie jeden nominalny napastnik i aż dziesięciu obrońców. Efekty takich wyborów Davida Moyesa i Alexa Fergusona? Świetne, ofensywne i zacięte spotkanie. Reklama ligi, po prostu.


Zawsze agresywnie

Czy jest to Portsmouth, czy było to Leeds, czy Manchester United gra na wyjeździe z Evertonem – absolutnie zawsze rywale wielkiego klubu agresywnie atakują przez pierwsze kilkanaście minut. Agresywnie? Przepraszam, wściekle. Everton obrał sobie za cel Gary’ego Neville’a, prawego obrońcę Evertonu i posłał na niego Pienaara, a także oparł ciężar gry zespołu właśnie na tym skrzydle. Reprezentanta RPA wspierał Baines, dużo było wysokiego pressingu, a kluczowa okazała się walka o drugie piłki. Nie – nie było dwóch futbolówek na boisku, chodzi po prostu o wejście w posiadanie piłki bezpośrednio po walce między dwoma zawodnikami w powietrzu czy starciu, gdy przez moment jest ona bezpańska. Pierwsze minuty w tej walce należały do Evertonu, ale potem pod polem karnym gospodarzy do głosu doszedł Manchester United i on stwarzał sobie dzięki temu sytuacje.

Złapany w dziada

Gdy Neville’a z czasem zaczął wspierać John O’Shea odbierając argumenty gospodarzom, goście obrali sobie za cel, zresztą całkiem słusznie, Heitingę, który odgrywał rolę defensywnego pomocnika w 'schodkach' (patrz grafika) Moyesa. Była to zła decyzja Szkockiego trenera Evertonu, ponieważ Holender miał bardzo słabe spotkanie, źle się ustawiał, w zasadzie swoimi ruchami tworzył dziurę pomiędzy defensywą a ofensywą gospodarzy. Scholes, Giggs i Berbatow robili co chcieli, często łapiąc go w małej grze, biegającego bezmyślnie od rywala do rywala. Na dodatek był kompletnie bezużyteczny w konstruowaniu akcji. Dużo mówi w tym kontekście zaledwie 29 podań (i 2 niecelne), gdy najlepsi defensywni pomocnicy w kraju notują dwu, trzykrotnie wyższe liczby w każdym meczu.

Jak powinien grać zawodnik na tej pozycji, pokazał mu Fletcher. Świetnie się ustawiał, idealnie rozgrywał, uzupełniał z kolegami, a także atakował. Wystarczy przypomnieć sobie pierwszą bramkę dla Manchesteru United – podanie na skrzydło, błyskawiczne rajd w pole karne, podanie Naniego i gol Szkota. Proste, a tak skuteczne. Nauka odebrana od Scholesa nie poszła w las.

Dlaczego nie wygrali?

Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie. Może to brak Johna O’Shea na przedpolu, czyli tam gdzie zwykle był przed zejściem na lewą obronę po zdjęciu z boiska Evry, zadecydował o tym, że Arteta mógł w ogóle uderzyć w 92 minucie na bramkę. Dekoncentracja jest jednak chyba ważniejszym aspektem, choć dziwne, że przydarzyło się to tak doświadczonej drużynie. Na pewno nie był to brak sił, ponieważ do straty drugiej bramki Manchester United skutecznie odpychał Everton od swojego pola karnego także groźnie atakując. Może to zmiany Moyesa tak zadziałały? O ile zdjęcie Heitingi dało jego drużynie przewagę w środku pola (cofnął się tam nieźle grający Fellaini) to o wejściu Yakubu czy Colemana wiele dobrego nie możemy powiedzieć, ich wkład nie był olśniewający.

Wspaniała reklama Premier League, każdy może tak stwierdzić. Jednak to był też pokaz woli walki obu drużyn – Manchesteru po słabszym początku, Evertonu w ostatnich minutach meczu. Taktycznie – na pewno mogły się podobać ustawienia obu zespołów, a także zmiany Moyesa w trakcie gry, które wpłynęły na formacje jego jedenastki jak najbardziej pozytywnie. Mi osobiście do gustu przypadła elegancka gra Artety i niezwykle mądra gra Fletchera. Jak dobrze wiemy, dobry występ obu był jednak zależny od postawy kolegów – z nielicznymi wyjątkami zaprezentowali się bardzo dobrze.

Reklama