Arka 1-1 Widzew: zasady (rugby) zobowiązują

To miał być dla Widzewa mecz prawdy. W poprzednich kolejkach łodzianie mierzyli się ze zdecydowanie silniejszymi rywalami, dziś ich przeciwnikiem był zespół z najniższej w ekstraklasie półki. Okazało się, że przeciwnikiem wcale nie łatwiejszym.


Widzewiacy rozpoczęli mecz przestraszeni. Dziwne jak na drużynę, która w tym sezonie zremisowała już z mistrzem kraju i zaledwie jedną bramką uległa wicemistrzowi. Arka, walcząca w poprzednim sezonie o utrzymanie do ostatniej kolejki, nie postawiła łodzianom wybitnie trudnych warunków – ot, kilkanaście minut pressingu. Wystarczyło, by wybić rywalowi z głowy ataki.

Andrzej Kretek nadal trzyma się ofensywnego wariantu ustawienia 4-4-1-1, płynnie w tym spotkaniu przechodzącego w 4-4-2 – Sernas bowiem dość rzadko cofał się po piłkę, co pozwoliło gdynianom kontrolować przebieg spotkania. Niestety dla gospodarzy, samo kontrolowanie to jeszcze nie wszystko. Zwłaszcza, jeśli ma się w składzie zawodników pokroju Płotki i Witkowskiego. Obaj postanowili ścigać się o miano piłkarza, który bardziej zawali bramkę – pierwszy fatalnie wybijał piłkę po źle rozegranym przez widzewiaków aucie, drugi niezbyt groźny strzał Oziębały sparował wprost przed siebie, jakby zapominając, że zwykle przed sobą ma jeszcze cofniętego napastnika Widzewa. Sernas z kolei o niczym nie zapomniał – był na miejscu, wbijając futbolówkę do siatki.

Arka poczuła się tą akcją wyraźnie podrażniona – i nic dziwnego. Wcześniej mimo, że nie grała porywająco, zmuszała fatalnie dysponowaną defensywę gości do kolejnych i kolejnych wybić piłki. Celował w tych wybiciach Ukah, który przy takiej formie może mieć problem z obroną miejsca w pierwszym składzie – na kolejne szanse czeka lekko dziś kontuzjowany Bieniuk.

Wyrównanie padło również po indywidualnym błędzie przy rzucie wolnym, z tą tylko różnicą, że tym razem golkiper był bez szans. Na tym skończyło się wykorzystywanie prezentów rywali, nie oznaczało to jednak nudy dla kibiców. Emocji dostarczały im już jednak nie bramki, a nerwowe i często brutalne zachowania piłkarzy.

W dzisiejszym meczu zawiodła broń, którą wydawało się, że Widzew będzie straszył rywali, a mianowicie skrzydła. Kompletnie niewidocznemu Budce starał się dorównać bezproduktywny Lisowski. Wszystko, co dobre w widzewskiej ofensywie, zaczynało się i kończyło na Sernasie. Ciężko tu mówić o jakiejkolwiek taktyce – to, że zespół dochodził do sytuacji strzeleckich, w ogromnej większości było zasługą indywidualnych umiejętności i dużej kreatywności Litwina. Niestety ponieważ nie może on znajdować się w kilku miejscach jednocześnie, groźne akcje zdarzały się tylko w obszarach, w których akurat przebywał – a więc głównie w środkowej części boiska.

Spotkanie zostało rozegrane na stadionie służącym zwykle rugbistom. W drugiej połowie piłkarze najwyraźniej sobie o tym przypomnieli i postanowili dostosować styl gry właśnie do rugby, mecz zdominowały faule i przepychanki. Wynik remisowy jest w tym wypadku sprawiedliwy, chociaż niezbyt dobrze wróży gościom. Widzew zdecydowanie korzystniej wypada na tle lepiej wyszkolonych technicznie drużyn, bo sam może wtedy rozwinąć swoje – nomen omen – skrzydła. Paradoksalnie więc w pierwszych spotkaniach sezonu z silnymi drużynami prezentował się okazalej niż w meczu ze słabą Arką. Przed trenerem Kretkiem trudne zadanie – nauczyć zespół na tyle skutecznego ataku pozycyjnego, by zdawał on egzamin z zespołami słabszymi technicznie, ale bazującymi na przygotowaniu fizycznym, grającymi twardo i zagęszczającymi teren przed własnym polem karnym. Jeśli nadal w formie będą jedynie Sernas i Mielcarz, może okazać się to mission impossible.

Reklama