Widzew – Lech 1:1: krecia robota bocznych obrońców

Oglądając tegoroczne pucharowe popisy Lecha Poznań wielu kibiców zastanawiało się zapewne, czy to, co nie wystarcza na będącą w słabej formie Spartę Praga, aby na pewno wystarczy na polską ligę. Po inauguracyjnym meczu poznaniaków można już z przekonaniem stwierdzić, że nie wystarczy. A przynajmniej nie na obronę tytułu mistrzowskiego.


Trener lechitów nie zaskoczył ustawieniem zespołu. 4-2-3-1 dobrze sprawdzało się w poprzednim sezonie, więc najwyraźniej Zieliński uznał, że nie ma co psuć dobrze funkcjonującego mechanizmu. I właściwie miałby rację, gdyby nie dwa drobne szczegóły. Po pierwsze – skład ma słabszy, niż przed rokiem. Po drugie – ważniejsze – forma zawodników ofensywnych pozostawia wiele do życzenia. To znaczy pozostawiałaby, gdyby prezentowali oni przynajmniej namiastkę czegoś, co można mianem formy określić.

W meczu mistrza i beniaminka ofensywniejszym ustawieniem mógł pochwalić się ten drugi. Andrzej Kretek, nowy-stary coach zespołu, zdecydował się na taktykę 4-4-1-1 z bardzo ofensywnie grającymi bocznymi pomocnikami (nierówny, ale momentami błyskotliwy Grischok oraz Adrian Budka). Widzewiacy od pierwszych minut atakowali odważnie większą liczbą graczy, co sprowadziło na nich kilka groźnie zapowiadających się kontr. Na szczęście dla podopiecznych Kretka, obecnie kontry Lecha nie wychodzą poza 'zapowiadające się', gdyż poznaniacy albo nie są w stanie ich wykończyć w ogóle, albo kończą bardzo niecelnym strzałem.

W środku pola lepiej prezentował się łódzki zespół – podczas gdy w Lechu biegali stosunkowo mało produktywni w ataku Injac i Wilk, w drużynie Widzewa każdy z pomocników miał także zadania ofensywne. Zaskakiwała dokładność podań, swoboda rozgrywania, imponować mogła szeroka gra skrzydłami. Kilka razy groźnie było w polu karnym Buricia, zawsze jednak w odpowiednim miejscu znajdował się Bosacki bądź sędzia Górecki, który nie podyktował ewidentnego karnego po faulu na Budce. Kiedy Bosackiego zabrakło, w środku defensywy dobrze spisywał się Wojtkowiak. W swoim czasie jednak udowodnił, że wszystko, co dobre, musi mieć swój koniec.

Obie bramki padły po ewidentnych błędach bocznych obrońców. Najpierw fantastycznym uderzeniem głową popisał się wprowadzony w drugiej połowie Rudnevs, podawał zaś Sławomir Peszko, któremu wcześniej najlepiej wychodziło dryblowanie… sędziego. Przy tym golu wyraźnie pogubił się Łukasz Broź, w momencie strzału podwajający krycie kępki trawy. W tej akcji widać było, że Widzew ma jeszcze spore problemy z szybkim zorganizowaniem się po stracie piłki i w kolejnych spotkaniach drużyna będąca w lepszej dyspozycji niż Lech może to bezlitośnie wykorzystać, strzelając zdecydowanie więcej bramek. Żeby jednak nie sprawić przykrości wspaniale dopingującym gospodarzy kibicom, Wojtkowiak postanowił udowodnić Broziowi, że nieomylnych prawych obrońców nie ma i fatalnie wybił piłkę po dośrodkowaniu we własne pole karne. Z prezentu, a właściwie z dwóch prezentów (kiepsko interweniujący Burić) skorzystał najaktywniejszy na boisku Sernas, strzelając wyrównującego gola.

Trwa zatem w najlepsze festiwal słabości Lecha, ale nie może być inaczej, jeśli jego najjaśniejszym punktem był dziś zawodnik, który nie przepracował z drużyną okresu przygotowawczego. To fakt dość znamienny, pokazujący słabość poznańskiej myśli trenerskiej – Zieliński nie przygotował ani rozsądnego planu taktycznego, ani nie był w stanie doprowadzić do dobrej dyspozycji żadnego ze swych ofensywnych asów. I naprawdę nieistotne jest w tym momencie, że to dopiero pierwsza kolejka – akurat grę Lecha mieliśmy już okazję podziwiać w tym sezonie kilkukrotnie i za każdym razem nie był to spektakl przyjemny.

Z kolei Widzew zaprezentował się jako beniaminek z potencjałem. Zespół, o którym od dwóch lat mówiło się, że jest na pierwszą ligę za silny, udowodnił, że nie będzie w ekstraklasie chłopcem do bicia. Mimo wszystko jednak do myślenia powinien dać Kretkowi fakt, że pod koniec meczu jego podopieczni mieli coraz większy problem z utrzymaniem dyscypliny taktycznej (zwłaszcza w drugiej linii, gdzie odczuwalny był brak dochodzącego po kontuzji Panki), optymizmem z pewnością nie napawają również skurcze, jakie zaskakująco wcześnie dopadały widzewiaków.

Reklama