Werder- Sampdoria 3-1: życie po utracie Oezila

Werder Brema to piłkarski fenomen. Naście już lat z tym samym trenerem, który mimo dużej rotacji zawodników za każdym razem po odejściu największych gwiazd potrafił zbudować drużynę niemal od zera. I tak był już Werder po odejściu Klose, Werder po Diego, teraz trzeba się nauczyć życia po Oezilu. Znając jednak umiejętności Thomasa Schaafa w tworzeniu drużyn grających skuteczną i widowiskową piłkę, można się spodziewać, że to wcielenie bremeńczyków nie będzie gorsze od poprzednich.


Mecz z Sampdorią pokazał, że mimo braku największej gwiazdy, siła Niemców ma polegać dokładnie na tym samym: ogromnej ruchliwości, dużej liczbie szybkich i krótkich podań, szybko przesuwających akcję do przodu. Mnóstwo nacisku jest położone na wymienność pozycji i automatyzm. W ten sposób, gdy nagle Almeida znajdował się na boku pomocy wiedział dokładnie, co robi tam nominalnie grający Hunt, czy zmieniający do Marin, przez co nie istniał problem z komunikacją między poszczególnymi zawodnikami.

Plan Sampdorii na takie zachowanie Niemców był dobry, grać maksymalnie kompaktowo, w potencjalnie niebezpiecznych sektorach podwajać krycie i zawężać pole gry, zaś w tych odleglejszych od bramki Curciego pozwolić gospodarzom się wyszaleć. Nie zadawało to niestety egzaminu, bremeńczycy doskonale rozumieli się między sobą, wiedząc, gdzie partner się przemieści i jak zagra na wolne pole, zaś Włosi, mimo uważnej gry, z biegiem czasu przestali panować nad germańskim żywiołem, czego efektem były coraz groźniejsze akcje.

Co w nowym wcieleniu Werderu mogło naprawdę urzec to to, że trudno wyróżnić jednego zawodnika. Cały zespół prezentował się doskonale i bardzo równo. Mimo, że nie są to zawodnicy wybitni (aczkolwiek w większości bardzo dobrzy), są świetnie poukładani jako drużyna, mają świadomość swoich zadań i potrafią się z nich wywiązać. Efekt w spotkaniu z Sampdorią był zachwycający, szybkość i sprawność prowadzenia ataku pozycyjnego była prawdziwą ucztą dla oczu i zaprzeczeniem tego, że skuteczny futbol musi być nudny.

Ciekawostką w grze Werderu jest to, że choć w wielu miejscach akcja toczy się skrzydłami, nie jest w niej konieczny udział bocznych obrońców. Owszem, podłączają się oni pod akcję, wychodzą poza własną połowę, ale rzadko przekraczają linię piłki. Przyczynami tego należy upatrywac w tym, że w ten sposób znacznie lepiej zabezpieczają bramkę na wypadek straty, zaś w sytuacji zejścia do skrzydła jednego z środkowych oraz jednego z napastników, zwyczajnie ilość graczy przy rozegraniu jest na tyle duża, że wystarcza do rozprowadzenia piłki. Jeśli zaś w takiej sytuacji nastąpi strata, boczni defensorzy schodzą nieco do środka, aby w ten sposób załatać dziurę po centralnym pomocniku, który zaangażował się w ofensywę. Trzeba jednak dodać, że sytuacje groźnych strat są stosunkowo rzadkie, gracze Werderu bardzo często kończą akcje strzałami, zaś jeśli rozegranie nie przynosi efektów- przenoszą ciężar gry do tyłu.

Sprawa awansu do 89. minuty wydawała się przesądzona, tymczasem zdobyty po indywidualnym błędzie Mertesackera gol daje Sampdorii nadzieje na odrobienie strat w rewanżu. W tym spotkaniu pokazali jednak niewiele, ku zaskoczeniu przegrywając nawet indywidualne pojedynki w ofensywie (kapitalny mecz Proedla) i łapiąc się na minimalne nieraz, ale skuteczne pułapki ofsajdowe bremeńczyków.

Wszystko po tym meczu wydaje jednak rysować dla graczy Werderu w jasnych barwach. Ich problem jednak za każdym razem był ten sam. Grali świetnie, były efekty i dobre rezultaty, aż w pewnym momencie, nieraz i na dobrą sprawę bez wyraźnego powodu, po jednym, dwóch mniej udanych meczach, maszynka się zacierała. Ponowne jej naoliwianie zajmowało zwykle Schaafowi sporo czasu, aż pod koniec rozgrywek ponownie wszystko się docierało i Werder zapewniał sobie miły akcent na zakończenie sezonu. W tym sezonie być może jednak zapaści uda się uniknąć. Bo gra nie zależy od jednego- dwóch reżyserów. Dziś wyglądało, jakby było ich jedenastu.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama