Lech 0-0 Dnipro: rozważni i bez pomysłu

Lech wywalczył awans do Ligi Europejskiej. Niestety to jedyna pozytywna rzecz, jaką można powiedzieć po spotkaniu Lechitów z zawodnikami z Dniepropietrowska.


O ile system taktyczny poznaniaków pozostaje bez zmian (4-2-3-1), to zmiany – i to kluczowe – dokonane zostały w personaliach. Te dotyczące linii obrony, wymuszone nieobecnością Bosackiego i Gancarczyka, zbytnio zauważalne nie były, bo i Dnipro nie zaprezentowało się za dobrze w ofensywie. Natomiast autorskim pomysłem myśli trenerskiej Lecha okazało się cofnięcie Kriwca i powierzenie mu roli defensywnego pomocnika. Na jego dotychczasowej pozycji lewego skrzydłowego zagrał Kiełb (nominalnie też skrzydłowy, ale prawy), zaś przeciwna flanka ofensywy przypadła Marcinowi Kikutowi, do tej pory rywalizującemu raczej z Wojtkowiakiem o pozycję prawego obrońcy.

Zmian było zatem dużo i przez większość meczu zawodnicy zachowywali się, jakby niekoniecznie wiedzieli, co i gdzie mają robić. Jeśli miałbym być złośliwy, to powiedziałbym, że do defensywy powinien zostać przesunięty Stilic, bo taktyka Lecha często polegała na zagraniu długiej piłki na napastnika bądź któregoś ze skrzydłowych. Tłumaczy to obecność w pierwszym składzie Tshibamby, lepiej od Wichniarka pasującego do takich zagrań. Co ciekawe, podobny pomysł na rozegranie miało Dnipro, przy czym celność długich podań tego zespołu była znacznie lepsza niż w wypadku poznaniaków, przynosząc Ukraińcom zdecydowanie więcej korzyści – ich crossy na skrzydła sprawiły kilka razy kłopoty poznańskiej defensywie.

Mecz przebiegał pod znakiem niespodzianek – o tych w składzie Kolejorza już mówiliśmy. Inną była zaskakująco mało ofensywna postawa zawodników Dnipro, potrzebujących przecież do awansu dwóch bramek – nawet przy założeniu, że jakąś stracą, to wynik 2-1 dawałby im awans. Najwyraźniej jednak goście liczyli na 1-0 i dogrywkę, ewentualnie rzuty karne. Tak przynajmniej kazałaby sądzić ich taktyka polegająca zwykle na „kopnę do przodu, może coś się wydarzy”. Mimo to Ukraińcy pozostawili po sobie lepsze wrażenie – stworzyli groźniejsze sytuacje, a przez lwią część drugiej połowy kontrolowali sytuację na boisku (chociaż sami właściwie nie wiedzieli, po co).

Lech zaczął grać lepiej na… 5 minut przed końcem spotkania, kiedy na boisku, zmieniając bezproduktywnego Stilicia, pojawił się Drygas, a Kriwiec wrócił na swoją nominalną pozycję skrzydłowego. Ta lepsza gra najwyraźniej nie spodobała się trenerowi Lecha, bo chwilę później zdjął Kriwca z boiska, wprowadzając trzeciego defensywnego pomocnika, Jana Zapotokę.

Mecz z Dnipro pokazał kilka rzeczy. Po pierwsze Lech pozbawiony swojego jeźdźca bez głowy w osobie Sławomira Peszki nie potrafi wyprowadzić szybkiej kontry – patrząc na szybkość biegu z piłką Stilicia miało się wrażenie oglądania powtórki w zwolnionym tempie. Po drugie – zakup Tshibamby nie był takim głupim pomysłem, bo jego obecność na boisku znakomicie usprawiedliwia średniowieczną taktykę długich piłek na napastnika. I wreszcie po trzecie, najważniejsze, w obecnej dyspozycji Lech pozostaje kandydatem na chłopca do bicia w europejskich pucharach. A że zagra tam przynajmniej sześć spotkań, to już dziś można zacząć obawiać się o dobre samopoczucie poznaniaków.

Reklama