Borussia 4-0 Karabach: Czego nie zrobiła Wisła…

No właśnie, czego? Po wyniku sądząc, który swoją drogą mógł być znacznie wyższy, Wiśle Kraków w poprzedniej rundzie eliminacyjnej Ligi Europy zabrakło wszystkiego. Niestety, wspominając dwumecz z dzisiejszym rywalem Niemców, to stwierdzenie wcale nie jest dalekie od prawdy.


Zanim jednak zbierze mi się na kolejną falę krytyki pod adresem klubu z Krakowa, czas pochwalić Borussię Dortmund, która odrobiła swoją lekcję i rozniosła w pył Karabach. Zaczynę od ustawienia, 4-2-3-1 z Kagawą grającym za Barriosem, Błaszczykowskim po prawej ręce Japończyka, oraz Łukaszem Piszczkiem na prawej obronie. Świetnie spisywał się piłkarz rodem z Azji, ale to dwójka pomocników środkowych wygrała dwumecz już w pierwszej połowie tego spotkania, pięknie zmuszając cały zespół do ataku, wręcz wpychając ofensywną trójkę i napastnika na zaskoczoną defensywę gości.

Co mnie osobiście zaskoczyło to tylko i wyłącznie bardzo szerokie rozstawienie bocznych obrońców zespołu z Dortmundu. To jednak dowód na to, że trener Jurgen Klopp obejrzał mecz Karabachu w Krakowie i odczytał intencję swoich rywali – formacje blisko siebie, gra głęboko na własnej połowie i okazjonalne ataki składające się z trzech podań prostopadłych. Na Wisłę to starczyło, ale na Borussię już po prostu nie mogło.

Tu dochodzimy do pressingu o którym już wspominałem. Przez pierwsze trzydzieści minut, Niemcy przeprowadzili w zasadzie Blitzkrieg na połowie rywala, co rusz dwójką atakując każdego zawodnika, który miał piłkę – efektem dwie bramki, nawet pomijając wydatną pomoc bardzo niepewnego golkipera z Azerbejdżanu. Wyróżniłem środkowych pomocników, Sahina i Kehla, ale gwiazdą był Kagawa, który katował defensywę Karabachu swoim bezustannym bieganiem za piłką. Co prawda sił mu starczyło na 70 minut, gdy wszedł za niego Lewandowski, ale nikt tytułu gracza meczu mu nie odbierze, nawet Barrios, który także strzelił dwa gole.

Oczywiście przy takim wyniku nie było sensu kontynuować wysokiego pressingu w drugiej połowie, zwłaszcza, że klasa rywala była żadna wobec umiejętności gospodarzy. Borussia po przerwie nieco się cofnęła, momentami pozwalała wykonać piłkarzom z Azerbejdżanu kilka podań, ale wszystko odcinali harujący bezustannie srodkowi pomocnicy z Dortmundu. Warto podkreślić, że po wejściu na boisko Lewandowskiego, Klopp zmienił także ustawienie swojego zespołu, na 4-4-1-1. Niestety dla Polaka, jego koledzy grali już wtedy na zbytnim luzie i raczej szukali indywidualnych rozwiązań zamiast zespołowej gry, która dała im cztery bramki w pierwszej połowie.

Jak wobec tego spisali się ‘nasi’? Kuba Błaszczykowski zszedł zaraz na początku drugiej połowy, ale zaprezentował się lepiej niż przyzwoicie – pracowity, dobrze współpracujący z kolegami (ale mniej z Łukaszem Piszczkiem po swojej stronie, co dziwne), jednak bez błysku znanego znam tak dobrze, Natomiast oczy kibiców Borussi były bezwątpienia skierowane na Łukasza Piszczka, który debiutował w żółto-czarnych barwach. Premierowy występ okrasił świetną asystą przy drugiej bramce Barriosa, ale także wieloma efektownymi akcjami ofensywnymi. Jedyny błąd w defensywie przytrafił mu się w doliczonym czasie meczu, gdy rywal go ograł, ale dośrodkowanie zawodnika gości bez problemu wyłapał Weidenfeller. Jak już wspomniałem, Robert Lewandowski szukał gry, chciał się pokazać, ale poza jednym, słabym uderzeniem w środek bramki raczej nie wyszedł z cienia lepszego i skuteczniejszego Barriosa. Z trójki Polaków najlepiej zaprezentował się prawy obrońca pokazując, że transfer (bezgotówkowy) z Herty może być jedną z lepszych letnich decyzji Kloppa.

Może więc o Wiśle? Czy naprawdę muszę mówić, że Polacy na własne życzenie odpadli z Karabachem ledwie dwa tygodnie temu? O klęsce zadecydowała żenująca, leniwa postawa na własnym boisku – taka na którą czekali goście z Azerbejdżanu. W zasadzie anonimowi w Dortmundzie, w Krakowie bez problemów rozbijali powolne i przewidywalne ataki rywala, uderzając w końcówce udanymi kontrami. Przykre jest to, że przy Wiślakach, wypadli na lepiej wyszkolonych technicznie, a z Niemcami tylko patrzyli w pewnym momencie, jak zawodnicy Borussii odbijali sobie piłkę głową, piętami… Gdyby tylko Wisła ruszyła z zacięciem w pierwszych minutach… Ale pewnie na głowę Henryka Kasperczaka to zbyt nowoczesna taktyka by ją zastosować. Przecież w Afryce, futbol polega na radości, a nie nieefektywnej (oh, czyżby?) pracy na całym boisku…

Kończąc swój wywód, chciałbym pochwalić Borussię, która ma naprawdę ciekawy zespół. Jasne, rywal był mniej niż przeciętny, ale trzeba pamiętać, że Niemcy wystąpili bez trzech graczy, a i całą drugą połowę grali na mocno zwolnionych obrotach. Bardzo mnie interesuje jak ekipa z Dortmundu poradzi sobie w fazie grupowej oraz w Bundeslidze, nie tylko w kontekście występów (oby regularnych) trzech reprezentantów Polski.

Gościnnie, Michał Zachodny

Reklama