Wisła- Karabach 0-1: Henry w formie

Czas na dobry pomysł i zły pomysł. Dobry pomysł- wzmocnić zespół kilkoma nieźle rokującymi graczami. Zły pomysł- zgrywać ich z drużyną w czasie najważniejszych spotkań sezonu. Dwóch piłkarzy Wisły zaliczyło w meczu z Karabachem swoje oficjalne debiuty. Ponieważ debiuty rządzą się swoimi prawami, zaś o grze zawodników dziś je mających trudno powiedzieć cokolwiek dobrego, uczcijmy ich występy linijką ciszy.


To, że Wisła osiągnie najlepszy wynik z trójki naszych reprezentantów w Lidze Europejskiej było łatwe do przewidzenia. Że będzie to najniższa z możliwych porażka, przepowiedzieć było nie sposób. Tydzień temu wprawdzie widać było mnóstwo mankamentów Wisły, ale potencjał piłkarski nadal pozostawał jak na polskie warunki duży. Tymczasem Henryk Kasperczak zrobił z drużyną to, co robi z każdą, która się zajmie- uzależnił ją od gry skrzydeł (słabiutcy Paljić i Boguski), zupełnie zapominając o grze środkiem. Osamotniony Jirsak, pozbawiony miejsca nie dawał rady rozgrywać piłki, z kolei defensywnie usposobiony Sobolewski, mimo przebłysków, również nie był w stanie w pojedynkę powstrzymywać szybkich ataków Azerów. Tymczasem gdzieś wśród obrońców raz po raz plątali się Żurawski i Brożek, praktycznie nie otrzymując piłek, chyba że będąc oddalonym o kilkadziesiąt metrów od bramki.

„Liczę na nasze skrzydełka”- powiedział Henry przed Valerengą. Wówczas trener Norwegów Kjetil Rekdal bezbłędnie ten schemat odczytał, czym po meczach pochwalić się nie omieszkał. Dziś Gurban Gurbanow mógł się szczycić dokładnie tym samym. Skrzydłowi byli niemiłosiernie podwajani (pomijając ich anemiczną grę), zaś wymiana obu ogniw trwała 67 minut. Próba zmian w rozegraniu i zagęszczenia pola w środku- 75 minut. Awans zdążył się przez te pięć kwadransów bardzo mocno oddalić. Jedyne co się w takiej sytuacji mogło udać na flankach to próby indywidualnych akcji, co czasem wychodziło Małeckiemu. Bo duże zagęszczenie powodowało, że ofensywne wejścia skrajnych obrońców rozbijały się o brak miejsca na rozegranie piłki. Aż się prosiło o przeniesienie środka ciężkości gry na środek. Niekoniecznie na samotnego Jirsaka, przejście na 4-5-1 nie boli. Naprawdę.

Trudno pisać o taktyce Wisły, jeśli najlepszym zawodnikiem w jej szeregach jest ataktycznie grający Małecki. Za momenty można pochwalić Sobolewskiego, bo w chwilach koncentracji jego podwajanie krycia zwykle kończyło się odbiorem, i Piotra Brożka, który grał lepiej na środku obrony niż dwójka nominalnych stoperów. Być może był współwinny straty gola, ale trudno przez większość meczu asekurować czterdziestometrowy pas szerokości boiska. Jeśli jednak idzie o grę zespołową, była to trudna do opisania rozsypka. Pozostaje liczyć, że albo trener Wiślaków wpoi swoim graczom choć odrobinę innego schematu niż piłka na skrzydło i dośrodkowanie, albo zwycięży wariant typowo polski. Czyli taktyka taktyką, a my grajmy swoje. Skoro udało się tak awansować do Mistrzostw Świata w Niemczech, czemu miałoby się nie udać wyeliminować trzeciej siły Azerbejdżanu…

Demony Oslo/ Tbilisi nie wróciły, one w Kasperczaku zawsze siedziały. Wisła miała skład i system gry idealny na czasy, kiedy osiągała sukcesy. Teraz zmieniło się wszystko, wykonawcy w Krakowie są zupełnie inni, w piłkę gra się zupełnie inaczej i nie ma już tyle miejsca, by załatwiać sprawę szybkimi zagraniami na wolne pole. Wszystko jest inne niż 7 lat temu. Tylko ten sam trener, który chciałby grać tak jak kiedyś. A to se ne vrati.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama