Wisła- FC Szawle 5-0: gdyby tak rok temu…

Komplet polskich drużyn dotarł do kolejnej fazy pucharów. Ilość emocji, którą dostarczyły nam spotkania drugiej rundy eliminacyjnej każe jednak zauważyć, że albo nie ma słabych drużyn, albo polskie do nich dołączyły. Mecz Wisły był miłą odskocznią od szarej codzienności i przypominał jak jeszcze kilka lat temu na tym etapie polskie drużyny odprawiały rywali z kilkubramkowym bagażem. Czyli robiły to, co Ruch powinien zrobić z La Valettą, Lech z Interem Baku, a krakowianie- rok temu z Levadią.


Jaka jest różnica miedzy Wisłą rok temu i teraz? Jakościowo duża. Ale miedzy Wisłą Skorży za najlepszych czasów a tą teraz- już mniejsza, zaś jeśli by mówić o organizacji gry, być może jest to różnica na niekorzyść. Podczas meczu z Levadią i w dalszej części sezonu Wisłę dopadł trudny do wytłumaczenia marazm. Zawodnicy sprawiali wrażenie jakby stracili ochotę do gry, brakowało ruchu na poszczególnych pozycjach, przez co tempo rozgrywania akcji ślimaczyło się niemiłosiernie. Brakowało też bardzo zawodnika, który mógłby regulować grę. Nie dawali rady ani Jirsak ani Ba ani Diaz, dodatkowo słabe rundy mieli skrzydłowi- Kirm, Łobodziński i Małecki. Skorża budował ciekawą, nowocześnie grającą drużynę, jednak notoryczny brak wzmocnień musiał się odbić na tym procesie negatywnie. Mimo wyraźnego dołka formy i najsłabszego chyba od lat składu, nieomal udało się obronić tytuł mistrzowski.

Może i dobrze, że się nie udało. Dzięki temu przyszła prawdziwa rewolucja w krakowskim zespole. Wprawdzie trudno zagwarantować, że następcy okażą się klasę lepsi, ale być może najbardziej potrzebna temu zespołowi jest świeża krew. Nowy trener zaś mógł zacząć budowę zespołu od początku.

Henryk Kasperczak to niemal zawsze (wyjątek w Zabrzu) 4-4-2 z naciskiem na grę skrzydłami. Na potrzeby tego ustawienia odkrył na nowo do ofensywy Piotra Brożka, co okazywałoby się strzałem w dziesiątkę, gdyby nie to, że po tej roszadzie na boku obrony niekoniecznie jest komu grać. Planowane są jednak na tej pozycji wzmocnienia, na efekty i ocenę przyjdzie jednak jeszcze poczekać. To 4-4-2 w meczu z Szawle sprawdziło się dobrze. Przy dużej ruchliwości w ofensywie i notorycznym podłączaniu się Cikosza do ataku rozgrywanie piłki przychodziło Wiślakom z łatwością. Sporo widzący Garguła i Boguski (a potem także Jirsak) umiejętnie wykorzystywali liczne luki w defensywie Litwinów i raz po raz punktowali rywala. Pomogło jednak w tym też bez wątpienia osłabienie Szawle.

Ale nawet ta poprawna w ogólnych zarysach gra nie zagwarantuje Wiślakom dalszych sukcesów. Cieszy, że Kasperczak nie popełnia już starych błędów, Biała Gwiazda gra nie tylko bokami i prostopadłymi podaniami na wolne pole, ale stara się i konstruować atak pozycyjny. Tyle, że to ostatnie nadal jest w powijakach i sytuacji, gdy krakowianom przyjdzie zagrać z rywalem, który bardziej zagęści środek (a że już choćby Azerowie to potrafią, wiemy nie od dziś, bo od wczoraj), Wisła może zostać uziemiona. Bo ani nie będzie miejsca, żeby puścić dłuższa piłkę, ani żeby nabrać rozpędu gdzieś na flance. Każdy metr terenu trzeba będzie wybiegać.

Zagęszczenie pola przez rywala trzeba też rozpatrzyć w jeszcze jednym aspekcie. Obecnie mózgiem drużyny zaczyna się stawać Garguła i tylko patrzeć, jak przez niego będą przechodzić ofensywne piłki. W przypadku podwajania na nim krycia nie do końca wiadomo, kto miałby go odciążyć. Sobolewski ostatnimi czasy, jeśli idzie o grę do przodu, prezentuje się znacznie poniżej swoich możliwości, więc zostaje nadzieja w tym, że do środka będzie schodzić Boguski, którego pozycje z kolei będzie dublować Cikosz. Wszystko to jednak stoi na dość wątłych podstawach, lepiej dla Wisły, żeby trafił jej się rywal prezentujący bardziej otwarty futbol. Mozolna walka o teren nie była nigdy mocną stroną ekip trenowanych przez Kasperczaka, nawet jeśli się to zmienia, to bardzo powoli.

Nie do końca zrozumiałe jest granie 4-4-2 przy takim zestawie napastników. I Brożek i Żurawski grają dość podobnie- okolica pola karnego, czekanie na piłkę, bez większego zaangażowania w rozegranie akcji i też bez fajerwerków, jeśli idzie o umiejętności w tej dziedzinie. 4-4-2 jest raczej stworzone po to, by różnicować napastników, podwiesić jednego pod drugim, albo nakazać któremuś grę tyłem do bramki. Dwóch napastników o tym samym profilu niweczy jedną z podstawowych zalet tego systemu. Po raz kolejny zdaje się potwierdzać, że Kasperczak z mistrza 4-4-2, stał się jego niewolnikiem.

Rzadko się zdarza, żeby awans kompletu drużyn zostawiał po sobie tak przybijający obraz. Wbrew wszystkiemu jednak wydaje się mało prawdopodobne, żeby Wisła nie osiągnęła czwartej rundy, a Lech zagrał drugi raz tak fatalnie i przynajmniej ze Spartą nie powalczył. Potencjał w obu tych zespołach jest spory, a kolejny brak sukcesów mógłby spowodować w tych zespołach kolejne rewolucje. Tymczasem ewolucja wystarczy w zupełności. Szkoda, że przebiega tak wolno i głownie pod względem jakości zawodników, a mniej pod względem organizacji gry.

Andrzej Gomołysek
Z jego frustracji, że nikt w tym kraju nie potrafi napisać kilku merytorycznych zdań o piłce, zrodziła się strona, którą czytasz. Tak długo jak dziennikarzył, nienawidzili go trenerzy i piłkarze, tak długo jak dziennikarzył, nienawidził siebie, że musi zadawać banalne pytania, żeby usłyszeć banalne odpowiedzi. Po przejściu na drugą stronę barykady scoutował dla klubów w połowie krajów Europy. Jeśli przypadkiem miałeś okazję w jakimś pracować, możliwe, że rozpracowywał Ci przeciwnika.

Reklama